Wiktoria Czarnecka Ułan PR

Wiktoria Czarnecka Ułan PR Ułan PR. Budowanie tożsamości i wizerunku marki. Specjalistka od marketingu historycznego. W swojej pracy łączę PR & marketing z wiedzą pedagogiczną.
(1)

Wierzę w siłę ułańskiej fantazji, którą z odwagą można stosować przy działaniach marketingowych dla marek. Tak prowadzę komunikację moich klientów: z kawaleryjską kreatywnością i odwagą, aby stali się legendą! Skontaktuj się ze mną jeśli faktycznie ja i mój zespół mamy realnie wpłynąć na rozwój Twojej marki. Zajmuje się:
- budowaniem tożsamości i wizerunku marki offline i online
- marketingiem historycznym
- storytellingiem
- marketingiem sportowym
- marketingiem miejsca
- organizacją eventów,
- projektami społecznymi
- projektami CSR i CCR

Czy wystarczy zrobić imprezę pod zamkiem, żeby mówić o marketingu historycznym?Nie❌I właśnie Castle Triathlon jest dobry...
07/09/2026

Czy wystarczy zrobić imprezę pod zamkiem, żeby mówić o marketingu historycznym?
Nie❌
I właśnie Castle Triathlon jest dobrym pretekstem, żeby pokazać różnicę pomiędzy wykorzystaniem zabytku jako tła a wykorzystaniem dziedzictwa jako elementu marki wydarzenia.

Malbork - oficjalny profil miasta po raz 25. stał się areną Castle Triathlon. Trasa biegnąca u stóp zamku wpisanego na listę UNESCO jest jednym z głównych wyróżników zawodów. Partnerem wydarzenia jest również Muzeum Zamkowe w Malborku.
I tu zaczyna się coś ciekawego z punktu widzenia marketingu historycznego.
Bo można zrobić zawody sportowe w Malborku.
Można też zrobić: Castle Triathlon Malbork.

To nie jest wyłącznie różnica w nazwie.

Zamek daje wydarzeniu coś, czego organizator nie musiał tworzyć od zera: rozpoznawalny symbol, silny obraz, emocję, wyjątkowość miejsca i gotową narrację.
Ale jest też druga strona medalu.
Samo ustawienie startu pod zabytkiem jeszcze nie oznacza, że wykorzystujemy jego historię.

Dlatego przy wydarzeniach organizowanych w miejscach historycznych zadałabym cztery pytania:
🔸Czy miejsce jest tylko scenografią?
Czy gdybyśmy przenieśli wydarzenie do innego miasta, zmieniłoby się coś poza widokiem na zdjęciach?
🔸Czy dziedzictwo jest widoczne w identyfikacji wydarzenia?
W nazwie, komunikacji, materiałach wizualnych, narracji?
🔸Czy uczestnik dowiaduje się czegoś o miejscu, w którym się znajduje?
🔸Czy historia wpływa na jego doświadczenie wydarzenia?

Bo pomiędzy:
„organizujemy imprezę przy zabytku” a „tworzymy wydarzenie, którego nie dałoby się przenieść w inne miejsce bez utraty jego tożsamości” jest ogromna różnica.

I właśnie tutaj zaczyna się marketing historyczny.
Najciekawsze marki miejsc nie traktują dziedzictwa jak dekoracji.
Robią z niego część produktu.

A Wy? Znacie wydarzenia, które bez swojego historycznego miejsca straciłyby połowę swojej tożsamości?⚔️🐎

Tak. Jestem świrem na punkcie Tolkiena.Na tyle, że z okazji 25-lecia filmowego „Władcy Pierścieni” poszłam do Multikino ...
04/09/2026

Tak. Jestem świrem na punkcie Tolkiena.
Na tyle, że z okazji 25-lecia filmowego „Władcy Pierścieni” poszłam do Multikino Polska na nocny maraton trzech części w wersjach reżyserskich. I nie, nie uważam, że to przesada. 😄

Ale Tolkien dał mi coś więcej niż ukochany świat, do którego wracam od lat.
Pokazał mi horyzont wyobraźni.

I chyba jako pierwszy nauczył mnie, że dobra opowieść nigdy nie składa się tylko z tego, „co się wydarzyło”.

Za wydarzeniem musi być świat.
Za bohaterem — motywacja.
Za decyzją — wcześniejsze doświadczenie.
Za konfliktem — wartości.
A za jednym zdaniem potrafią stać setki lat historii.

Boromir bez Gondoru, Denethora i ciężaru odpowiedzialności byłby po prostu facetem, który źle zareagował na Pierścień.

Aragorn bez historii swojego rodu byłby kolejnym dzielnym wojownikiem.

A Shire bez całego świata wokół niego byłoby tylko sielską wioską.

Kontekst zmienia wszystko.
I chyba dlatego dziś tak bardzo drażnią mnie historie sprowadzone do daty, nazwiska i gotowej oceny. Bo człowiek bez kontekstu jest płaski.
Bohater bez motywacji staje się pomnikiem.
A wydarzenie bez konsekwencji — tylko informacją.

Więc tak: część mojego zawodowego skrzywienia zaczęła się dużo wcześniej niż studia, PR i marketing historyczny.

Zaczęła się gdzieś w Śródziemiu.

A teraz przyznawać się: jaki fikcyjny świat ukształtował Was bardziej, niż wypadałoby dorosłemu człowiekowi? 😄

Już za kilka dni widzimy się w Lublinie na II Kongresie „Stary Dom w Remoncie”.Dla mnie to wydarzenie będzie szczególne....
03/09/2026

Już za kilka dni widzimy się w Lublinie na II Kongresie „Stary Dom w Remoncie”.

Dla mnie to wydarzenie będzie szczególne. W grudniu we Wrocławiu uczestniczyłam w poprzedniej edycji jako uczestniczka, a teraz organizatorzy zaprosili mnie do roli prowadzącej Kongres i prelegentki.

To zaproszenie bardzo dobrze łączy obszary, którymi zajmuję się zawodowo: marketing historyczny, dziedzictwo i budowanie tożsamości opartej na historii.

Podczas Kongresu wystąpię z tematem:

„Budowanie tożsamości opartej na historii”.

Bo stary dom to nie tylko konstrukcja i materiały. To także pamięć miejsca, historia ludzi, lokalny kontekst, ślady kolejnych zmian i pytanie o to, co z tego dziedzictwa chcemy zachować oraz jak nadać mu znaczenie współcześnie.

11–13 września w Lublinie będziemy rozmawiać o renowacji, tradycyjnym budownictwie, stolarce, drewnie, ochronie dziedzictwa i praktycznych doświadczeniach związanych ze starymi domami.

Bardzo ciekawym elementem wydarzenia będą również warsztaty ciesielskie, które odbędą się 7–12 września w Muzeum Wsi Lubelskiej i będą związane z rekonstrukcją XVIII-wiecznego spichlerza z Tarnogrodu. To świetny przykład tego, że dziedzictwo nie jest tylko tematem do rozmowy — jest także praktyką, rzemiosłem i realną pracą z historyczną substancją.

Bardzo dziękuję organizatorom za zaproszenie i zaufanie. Cieszę się, że tym razem będę mogła nie tylko uczestniczyć w Kongresie, ale także poprowadzić rozmowę o tym, jak chronić, interpretować i komunikować dziedzictwo.

Do zobaczenia w Lublinie!

Stary dom w remoncie
Muzeum Wsi Lubelskiej

1 września 1939. Nie zaczynajmy tej historii od oficjalnej uroczystości. Zacznijmy od człowieka.Pisałam o 31 sierpnia i ...
01/09/2026

1 września 1939. Nie zaczynajmy tej historii od oficjalnej uroczystości. Zacznijmy od człowieka.
Pisałam o 31 sierpnia i o tym, że historia z perspektywy ludzi wygląda inaczej niż z perspektywy podręcznika pisanego po fakcie.
Dziś chcę pójść krok dalej.

Bo 1 września 1939 roku nie był tylko datą, rozkazem, meldunkiem i początkiem wojny.
Był doświadczeniem: żołnierzy i cywilów.

Żołnierz nie wiedział jeszcze, jak dalej będzie, może wierzył w zapowiedziane kilkanaście dni albo 12h obrony jeśli walczył na Westerplatte. Nie znał jej podręcznikowego finału. Miał rozkaz, pozycję, ludzi obok siebie, strach, odpowiedzialność i ograniczoną wiedzę.

Cywil miał dom, rodzinę, pracę, dzieci, dokumenty, kilka informacji i konieczność podejmowania decyzji natychmiast.
Zostać czy uciekać?
Co zabrać?
Komu wierzyć?
Jak ochronić rodzinę?
Czy droga jest jeszcze bezpieczna?
Czy to potrwa kilka dni, czy właśnie kończy się całe dotychczasowe życie?

Podczas badań terenowych na Półwyspie Helskim, Kępie Oksywskiej i Westerplatte bardzo często wracałam myślami właśnie do sierpnia i września 1939 roku. Bo kiedy stoisz w konkretnym miejscu, przestrzeń nagle przestaje być tłem.

Zaczynasz myśleć:
co widział żołnierz z tej pozycji?
jaką miał widoczność?
dokąd mógł się wycofać?
co wiedział?
czego nie wiedział?
jak długo był odcięty?

A obok tego pojawia się druga perspektywa:
co robił cywil?
gdzie próbował się schronić?
jak zdobywał jedzenie?
jak podejmował decyzję o ucieczce?
co działo się z dziećmi, starszymi, rannymi?

I właśnie wtedy historia przestaje być „datą”.
Zaczyna być historią ludzi wrzuconych w sytuację, której nie wybrali. W ekstremalny czas...
I dlatego męczy mnie to, co co roku dzieje się w komunikacji rocznicowej.
Tony zdjęć z uroczystości.
Tony wieńców.
Tony twarzy oficjeli.
Te same przemówienia.
Te same kadry.

Oczywiście państwowy ceremoniał ma swoje miejsce. Ale z punktu widzenia storytellingu i edukacji historycznej bardzo często nie wnosi prawie nic. Bo czego odbiorca dowiaduje się z kolejnego zdjęcia polityka składającego wieniec?
Jaką historię poznaje?
Jaką decyzję rozumie?
Jakiego człowieka spotyka?
Jaką wartość z tego wynosi?

Najczęściej żadną.

Dostaje komunikat: „odbyła się uroczystość”.

A to nie jest jeszcze opowieść o historii.Nie twierdzę, że mamy przestać pamiętać o ofiarach i bohaterach.

Twierdzę coś odwrotnego: jeśli naprawdę chcemy o nich pamiętać, przestańmy zasłaniać ich oficjalnym ceremoniałem. Pokażmy człowieka przed pomnikiem. Żołnierza przed legendą. Cywila przed statystyką. Jego wybory. Strach. Wątpliwości. Odpowiedzialność. Konsekwencje. Bo śmierć może być finałem historii. Nie powinna być jej jedynym sensem.

I właśnie dlatego nie przekonuje mnie proste hasło, że problemem naszej narracji jest „za dużo martyrologii”.

Problemem jest: sposób, w jaki przez lata opowiadaliśmy trudną historię.

Za dużo było:
daty, liczby ofiar, pomnika, wieńca, minuty ciszy i „pamiętamy”.

Za mało:
co ten człowiek wiedział?
czego się bał?
jaką decyzję podjął?
dlaczego?
i co z tej decyzji wynikło?

To jest dla mnie marketing historyczny. Nie robienie z wojny widowiska. Nie „ocieplanie” tragedii.
Tylko takie opowiadanie historii, żeby odbiorca zobaczył nie tylko wydarzenie, ale człowieka w wydarzeniu. Bo 1 września 1939 roku nie zaczęła się tylko wojna.

Dla żołnierzy i cywilów zaczął się dzień, w którym trzeba było podejmować decyzje w świecie, którego reguły nagle przestały działać.

I może właśnie od tego powinniśmy zaczynać opowieść.

Nie od wieńca.
Od człowieka.

31 sierpnia 1939. Ostatni zwykły dzieńJutro napiszę o 1 września. Ale dziś chcę zatrzymać się na 31 sierpnia 1939 roku.B...
31/08/2026

31 sierpnia 1939. Ostatni zwykły dzień
Jutro napiszę o 1 września. Ale dziś chcę zatrzymać się na 31 sierpnia 1939 roku.

Bo historia bardzo często zaczyna się u nas od daty przełomu. „1 września wybuchła wojna”.
Tylko że dla ludzi, którzy wtedy żyli, wojna nie zaczynała się od podręcznikowego nagłówka.

🔸31 sierpnia ktoś jeszcze szedł do pracy.
🔸Ktoś robił zakupy.
🔸Ktoś wracał z wakacji.
🔸Ktoś czytał gazetę i zastanawiał się, czy naprawdę coś się wydarzy.
🔸Ktoś wierzył, że „jakoś to będzie”.
🔸Ktoś pakował dokumenty.
🔸Ktoś wysyłał dzieci do rodziny.
🔸Ktoś był przekonany, że wojny nie będzie.

I właśnie ten dzień interesuje mnie szczególnie.
Bo pokazuje coś, czego często brakuje w edukacji historycznej:
⚔️moment przed wydarzeniem.⚔️

Nie znamy jeszcze konsekwencji. Nie wiemy, która decyzja okaże się dobra. Nie wiemy, komu wierzyć. Nie mamy komfortu wiedzy z podręcznika. A przecież właśnie wtedy ludzie podejmują najważniejsze wybory. To jest dla mnie sedno dobrego storytellingu historycznego.

Nie tylko powiedzieć, co się wydarzyło.

⚔️Pokazać:
co człowiek wiedział w tamtym momencie, czego nie wiedział, czego się bał i jaką decyzję musiał podjąć.

Bo historia dzieje się nie tylko w wielkich wydarzeniach. Dzieje się także w zwykłym dniu, który dopiero później okazuje się ostatnim dniem starego świata.

31 sierpnia 1939 nie był jeszcze „dniem przed wojną” dla tych, którzy w nim żyli. Był po prostu czwartkiem.

I właśnie dlatego warto go pamiętać.
A Wy? Gdybyście mieli opowiedzieć 31 sierpnia 1939 jednym ludzkim detalem, co by to było? Czy posiadacie wiedzę co robili wasi przodkowie?

Np. moja Prababcia zaplanowała na początek września, powrót z letniska z dwójką najmłodszych dzieci do Łodzi.🐎⚔️

Problemem nie jest martyrologia. Problemem jest to, jak nauczyliśmy się ją opowiadać. W raporcie „Polaków portret własny...
28/08/2026

Problemem nie jest martyrologia. Problemem jest to, jak nauczyliśmy się ją opowiadać. W raporcie „Polaków portret własny” pojawia się diagnoza, że polska opowieść o sobie jest zbyt mocno obciążona martyrologią i że powinniśmy przesunąć ją w stronę sprawczości, sukcesu i „kreatywnej odporności”.

I właśnie z perspektywy marketingu historycznego mam z tym problem. Nie dlatego, że uważam, że polska komunikacja historyczna jest dobra taka, jaka jest.

Przeciwnie.

Od lat zwracam uwagę, że bardzo często nie umiemy mądrze korzystać z historii.

Tylko że winna nie jest sama martyrologia.
Winny jest sposób, w jaki przez lata uczono nas o niej mówić.

🔸Katyń.
🔸1 września.
🔸17 września.
🔸Powstanie Warszawskie.
🔸Żołnierze Wyklęci.

Jak często sprowadzaliśmy te historie do:
🔸daty,
🔸liczby ofiar,
🔸cierpienia,
🔸śmierci,
🔸heroicznego poświęcenia,
🔸pomnika i rocznicy?

👉A jak często pytaliśmy:
kim był człowiek, zanim stał się ofiarą albo bohaterem?

Co wiedział?
Czego nie wiedział?
Czego się bał?
Dlaczego został?
Dlaczego uciekł?
Dlaczego walczył?
Dlaczego odmówił?
Komu zaufał?
Kogo zawiódł?
Jaką cenę zapłacił za swoją decyzję?

⚔️Bo właśnie tam jest historia.
Nie w samej śmierci. Śmierć jest często finałem.
Ale nie może być automatycznie sensem całej opowieści. To jest dla mnie kluczowa różnica.

⚔️Martyrologia może być niezwykle wartościowym zasobem marketingu historycznego. Bo sytuacje trudne ujawniają człowieka znacznie wyraźniej niż sytuacje komfortowe.

⚔️W kryzysie widać:
wartości, hierarchię ważności, charakter, lojalność, strach, odpowiedzialność, egoizm, odwagę, konformizm, solidarność.

Czyli dokładnie to, co buduje silną opowieść. To dlatego trudna historia nie musi być „ciężarem marki”. Może być jednym z jej najbardziej wartościowych zasobów. Pod jednym warunkiem: nie opowiadamy jej jako kultu śmierci.
Opowiadamy ją jako historię człowieka. I to jest właściwie codzienność. Czasami „historia codzienności” rozumiana jest jako coś przeciwnego wobec wojny czy martyrologii:
jedzenie, moda, dom, praca, rozrywka. Ale dla mnie codzienność jest także wewnątrz historii trudnej.

Bo wojna nie składa się wyłącznie z bitew. Składa się z bardzo codziennych pytań postawionych w niecodziennych warunkach:
czy obudzić dzieci i uciekać?
co zabrać?
gdzie schować dokumenty?
komu pomóc?
czy wpuścić obcego człowieka do domu?
czy podpisać dokument?
czy wykonać rozkaz?
czy zdradzić miejsce ukrycia kogoś bliskiego?

To są ludzkie decyzje. I właśnie przez nie odbiorca może wejść w historię. Dlatego od dawna mam problem z „kalendarzowym” opowiadaniem historii

1 września — wybuch wojny.
17 września — agresja ZSRR.
13 kwietnia — Katyń.
1 sierpnia — Powstanie Warszawskie.

⚠️Data + zdjęcie archiwalne + dwa akapity + „pamiętamy”.
To jeszcze nie jest marketing historyczny. Marketing historyczny zaczyna się wtedy, kiedy pytamy:
dlaczego ta historia ma być dziś dla odbiorcy ważna? Nie po to, żeby ją uwspółcześnić na siłę. Nie po to, żeby ją uprościć. Tylko żeby znaleźć punkt kontaktu między przeszłością a doświadczeniem człowieka dzisiaj.

⚠️I właśnie dlatego nie zgadzam się z pomysłem, że rozwiązaniem jest po prostu „mniej martyrologii”.

⚔️Weźmy Zbrodnię Katyńską. Jeżeli opowiemy o niej tylko, jako liczbę zamordowanych, to przekaz jest faktograficznie ważny. Ale komunikacyjnie bardzo szybko staje się abstrakcyjny.
Jeżeli pokażemy człowieka piszącego ostatni list do żony, rodzinę czekającą przez lata na informację, dziecko wychowywane w przekonaniu, że nie wolno pytać, człowieka, który zna prawdę, ale żyje w państwie budującym oficjalne kłamstwo, to nagle Katyń staje się także opowieścią o prawdzie, kłamstwie, pamięci, strachu, odpowiedzialności i konsekwencjach milczenia.

I wtedy pojawia się pytanie ważne również dzisiaj: ile jesteśmy gotowi zapłacić za prawdę? To właśnie robi dobra historia.

⚔️17 września, to nie tylko hasło: „Armia Czerwona przekroczyła granicę”. Ale człowiek, który dowiaduje się, że sytuacja strategiczna państwa w jednej chwili się załamała.
Co robi? Walczy? Przekracza granicę? Wraca do rodziny? Wykonuje rozkaz, którego sensu już nie rozumie? Komu ufa? To jest historia decyzji.

⚔️Żołnierze Wyklęci? Przez lata społeczeństwo jest między dwoma odmiennymi narracjami: bohaterowie albo bandyci.
A przecież właśnie tutaj marketing historyczny powinien zrobić coś trudniejszego. Pokazać człowieka i jego sytuację. Dlaczego po sześciu latach wojny ktoś nie składa broni? Jak rozumie państwo?
Jak rozumie lojalność? Co dzieje się z człowiekiem, który funkcjonuje latami w przemocy? Jaką cenę płaci jego rodzina?
To są pytania o historię i o człowieka, a nie o pomnik.

⚔️I tu dochodzę do sprawczości.

Raport proponuje przesunięcie od cierpienia do sprawczości. Ale przecież sprawczość już jest w trudnej historii. Nie trzeba jej dopisywać. Trzeba ją zobaczyć. Człowiek w sytuacji granicznej nie jest tylko bierną ofiarą. Podejmuje decyzje. Czasami dobre. Czasami złe, heroiczne, egoistyczne. Czasami nie ma dobrego wyboru.
I właśnie to jest fascynujące. Dlatego nie potrzebujemy zastępować martyrologii historią sukcesu. Potrzebujemy wydobyć z martyrologii człowieka i jego sprawczość. Zresztą podobny błąd popełniamy w opowiadaniu o bohaterach.
🐎Bohater historyczny bardzo często pojawia się w polskiej komunikacji dopiero wtedy, gdy:
umarł,
zginął,
został zamordowany,
ma pomnik,
ma swoją rocznicę.

A przecież człowiek jest ciekawszy zanim stanie się pomnikiem.
Dlaczego inni za nim poszli? Co widział inaczej? Jak podejmował decyzje? Jakie błędy popełniał? Z czego nie chciał zrezygnować? Jak wyobrażał sobie przyszłość?

To jest znacznie lepszy materiał do budowania relacji odbiorcy z historią niż kolejny tekst „w rocznicę śmierci”.

I dokładnie o to chodziło mi również wtedy, kiedy pisałam o Piłsudskim, nie przez jego pogrzeb czy monumentalną pamięć, ale przez wizję, emocje i powody, dla których ludzie chcieli za nim iść.

Bo marketing historyczny nie jest akademickim wykładem skróconym do Instagrama To też warto mocno powiedzieć.
Nie chodzi o to, żeby:
napisać datę,
dodać pięć faktów,
wrzucić archiwalne zdjęcie,
i uznać, że historia została „wypromowana”.

⚔️Marketing historyczny ma sprawić, że odbiorca:
zatrzyma się, zrozumie, poczuje znaczenie, zainteresuje się, pójdzie dalej. Może odwiedzi muzeum. Przyjedzie do miejsca. Sięgnie do źródeł. Zacznie zadawać pytania. Weźmie udział w wydarzeniu. To nie jest zastępowanie edukacji historycznej.
To jest budowanie drogi do uczestnictwa w historii i dziedzictwie.

I właśnie dlatego tak ważny jest kontekst.
Jedną z największych bolączek komunikacji historycznej jest wyrywanie wydarzeń z ich otoczenia.

⚠️Jeżeli pokazujemy wyłącznie finał:
egzekucję,
bitwę,
śmierć,
klęskę,

to odbiorca nie rozumie procesu. A bez procesu nie rozumie wyboru. A bez wyboru nie rozumie człowieka. Dlatego marketing historyczny potrzebuje kontekstu bardziej niż samej chronologii.
Nie wystarczy powiedzieć:
„co się wydarzyło?”

✅Trzeba pokazać:
dlaczego do tego doszło, jakie były możliwości, co ludzie wiedzieli w tamtym momencie i jakie konsekwencje miały ich decyzje.

⚠️Dlatego największy problem z hasłem „syndrom martyrologii” jest dla mnie taki:
ono bardzo łatwo diagnozuje treść, podczas gdy prawdziwy problem może leżeć w formie narracji.

Nie mieliśmy za dużo Katynia.
Mieliśmy za dużo Katynia opowiadanego przez grób, liczbę ofiar i rocznicę, a za mało przez człowieka.

Nie mieliśmy za dużo 1 września.
Mieliśmy za dużo 1 września jako daty początku wojny, a za mało jako momentu, w którym miliony ludzi musiały nagle zacząć podejmować decyzje w świecie, który przestał działać według dotychczasowych zasad.

Nie mamy za dużo historii bohaterów.
Mamy za dużo bohaterów już gotowych, pomnikowych i pozbawionych procesu stawania się bohaterem.

I tu raport dotyka ważnego problemu, ale proponuje moim zdaniem zbyt prostą odpowiedź

Tak — polska komunikacja historyczna potrzebuje zmiany.
Ale nie dlatego, że mamy „za dużo cierpienia”.
Tylko dlatego, że bardzo często nie potrafimy przekładać cierpienia na znaczenie. A to ogromna różnica.

Bo trudna historia jest jednym z najlepszych materiałów do rozmowy o:
wartościach, postawach, odpowiedzialności, konsekwencjach, relacjach i wyborach.
Czyli o rzeczach, które są absolutnie uniwersalne.

I dlatego nie powiedziałabym:
„odejdźmy od martyrologii”.

⚔️Powiedziałabym:
przestańmy traktować śmierć jako sens trudnej historii i zacznijmy szukać w niej człowieka.
Bo może przez lata problemem nie było to, o czym opowiadaliśmy.

Problemem było to, jak opowiadaliśmy.

I właśnie dlatego szum wokół raportu „Polaków portret własny” jest dla mnie otwarciem szerokiej dyskusji czy my w Polsce umiemy mądrze korzystać z historii, czy umiemy i niej opowiadać a szczególnie tę trudną? Czy potrafimy prowadzić edukację historyczną?

Głośno jest o raporcie „Polaków portret własny”, dotyczącym marki narodowej Polski. Od razu przypomniał mi się orzeł z c...
21/08/2026

Głośno jest o raporcie „Polaków portret własny”, dotyczącym marki narodowej Polski. Od razu przypomniał mi się orzeł z czekolady... Postanowiłam przyjrzeć mu się szerzej — z perspektywy marketingu historycznego.

Bo najciekawsze pytanie nie brzmi dla mnie tylko: czy w raporcie są błędy?

Znacznie ciekawsze jest: jak ten raport myśli o Polsce, polskości, historii, pamięci i budowaniu marki narodowej?

Jedna z tez, która szczególnie mnie zatrzymała, dotyczy potrzeby odejścia od narracji o cierpieniu i przesunięcia akcentu w stronę sprawczości oraz „kreatywnej odporności”. Brzmi atrakcyjnie. Tylko że z perspektywy marketingu historycznego pojawia się od razu problem: czy naprawdę mamy wybierać między martyrologią a sukcesem?

Bo historia nie działa w systemie zero-jedynkowym.

Trudna przeszłość może jednocześnie opowiadać o cierpieniu, sprawczości, błędach, solidarności, konflikcie, odwadze i konsekwencjach decyzji. Jeśli próbujemy „naprawić” markę Polski przez usuwanie niewygodnych znaczeń i zastępowanie ich bardziej pozytywnymi, bardzo łatwo przechodzimy od strategii marki do instrumentalizacji historii.

I właśnie to chcę sprawdzać w tej serii.

Czy naprawdę problemem Polski jest zbyt silna narracja martyrologiczna? Czy można mówić o „syndromie impostora” całego narodu? Czy silna marka Polski powinna odchodzić od trudnej historii i koncentrować się na sprawczości, sukcesie i „kreatywnej odporności”? A może historia nie jest ani ciężarem, ani zestawem wygodnych przykładów do wykorzystania w promocji?

Do tego dochodzą pytania metodologiczne. Kogo właściwie zbadano? Na jakiej podstawie można mówić o „Polakach”? Gdzie kończą się wyniki badań, a zaczyna interpretacja?

W kolejnych postach i rolkach będę rozkładać raport na części: metodologię, główne tezy, sposób wykorzystania historii, martyrologię, markę narodową, doświadczenie, dziedzictwo i to, co z tego wszystkiego naprawdę może wynikać dla budowania marki Polski.

Nie chodzi mi o kolejną internetową aferę wokół raportu.

Chcę potraktować go jako studium przypadku tego, jak można — i jak nie zawsze warto — wykorzystywać historię, pamięć i tożsamość w marketingu.

Bo historia w marketingu nie powinna być ani dekoracją, ani problemem, którego trzeba się pozbyć.

Powinna być używana mądrze.

Czytaliście raport „Polaków portret własny”? Co najbardziej Was w nim zirytowało, zdziwiło albo wzbudziło wątpliwości? Napiszcie w komentarzach — chętnie odniosę się do konkretnych fragmentów w kolejnych częściach serii.

foto. Marta Weronika Pawłowska - fotograf wizerunkowy

W budowaniu marki lokalnej tradycja nie może być tylko ładnym słowem na plakacie, haftowanym motywem w tle albo zdaniem:...
12/08/2026

W budowaniu marki lokalnej tradycja nie może być tylko ładnym słowem na plakacie, haftowanym motywem w tle albo zdaniem: „pielęgnujemy dziedzictwo”.

To za mało.

Tradycja zaczyna działać w marce dopiero wtedy, gdy umiemy powiedzieć konkretnie:
🔸skąd pochodzi dany zwyczaj,
🔸kto go przekazał,
🔸przy jakiej okazji był praktykowany,
🔸jakie emocje mu towarzyszyły,
🔸co mówi o naszej miejscowości,
🔸i dlaczego dzisiaj nadal ma znaczenie.

Podczas warsztatów z Kołami Gospodyń Wiejskich dużo rozmawiałyśmy o tym, jak korzystać z lokalnego dziedzictwa tak, żeby nie wpaść w cepelię, sztuczność albo komunikaty, które brzmią wszędzie tak samo.

Bo „tradycyjnie”, „lokalnie” i „z pasją” może napisać prawie każdy.

💚Silna marka KGW zaczyna się tam, gdzie potrafimy zejść poziom głębiej:

⚠️nie „robimy pierogi”,
✅tylko: robimy pierogi według przepisu, który w naszej miejscowości pojawiał się przy konkretnych okazjach.

⚠️nie „tworzymy rękodzieło”,
✅tylko: pokazujemy technikę, wzór, historię, osobę albo wspomnienie, które za tym stoją.

⚠️nie „organizujemy wydarzenia”,
✅tylko: budujemy spotkanie, które przedłuża lokalny zwyczaj, wzmacnia wspólnotę i pokazuje charakter miejsca.

Dziedzictwo nie jest dodatkiem do marki.

Może być jej fundamentem — pod warunkiem, że nie traktujemy go jak ozdoby, ale jak źródło znaczeń, opowieści i wyróżników.

Dlatego w pracy nad marką lokalną warto zacząć nie od pytania: „co ładnie wygląda?”, ale od pytania:

co naprawdę jest nasze?

Jakie zwyczaje, przepisy, historie, miejsca, przedmioty, słowa i umiejętności tworzą opowieść, której nie da się skopiować?

Bo marka zakorzeniona w dziedzictwie nie musi krzyczeć.
Wystarczy, że mówi własnym głosem.

Marka lokalna nie zaczyna się od logo. Zaczyna się od ludzi, miejsca, pamięci, zwyczajów i opowieści, które przez lata b...
11/08/2026

Marka lokalna nie zaczyna się od logo. Zaczyna się od ludzi, miejsca, pamięci, zwyczajów i opowieści, które przez lata były przekazywane przy stole, w kuchni, podczas świąt, pracy rąk i lokalnych spotkań. 🌿

Przez trzy dni warsztatów z Kołami Gospodyń Wiejskich w Lubelskie pracowałyśmy nad tym, jak z tradycji, pasji i lokalnych inspiracji budować markę KGW — autentyczną, rozpoznawalną i zakorzenioną w miejscu.

Nie zaczynałyśmy od pytania: „jakie kolory wybrać?” albo „jak powinno wyglądać logo?”.
Zaczynałyśmy od pytań dużo ważniejszych:

🔸Co mamy, czego nie ma nikt inny?
🔸Jakie historie kryją się w naszych przepisach, zwyczajach, produktach i działaniach?
🔸Co ludzie powinni poczuć, kiedy słyszą nazwę naszego KGW?
🔸Jak mówić o dziedzictwie tak, żeby nie było tylko dekoracją?
🔸Jak pokazać lokalność w social mediach bez udawania kogoś, kim nie jesteśmy?

Bo marka KGW to nie tylko nazwa, logo czy profil na Facebooku.

To opowieść o kobietach, miejscu, smakach, umiejętnościach, pamięci, relacjach i lokalnej dumie.

Podczas warsztatów rozmawiałyśmy o storytellingu, marketingu historycznym, budowaniu marki, produktach flagowych, promocji i video contencie. Ale przede wszystkim pracowałyśmy nad tym, jak wydobyć to, co już jest w lokalnych społecznościach — tylko często nie zostało jeszcze nazwane, uporządkowane i dobrze opowiedziane.

Dlatego zaczynam serię postów o tym, "jak buduje się markę lokalną opartą na dziedzictwie, tradycji, zwyczajach i autentycznych historiach".

Będzie o tym, jak szukać wyróżników, jak opowiadać o tradycji, jak nie wpaść w cepelię, jak budować produkt flagowy i jak zamieniać lokalność w dobry content.

Działacie w KGW, instytucji kultury, samorządzie albo lokalnej organizacji i też zastanawiacie się, jak opowiadać o swoim miejscu?

foto. Lubelski Ośrodek Doradztwa Rolniczego w Końskowoli

Case study: rekonstruktorzy i Muzeum? Tutaj świetny przykład współpracy GRH Bluszcz i Muzeum Powstania Warszawskiego. Na...
30/07/2026

Case study: rekonstruktorzy i Muzeum? Tutaj świetny przykład współpracy GRH Bluszcz i Muzeum Powstania Warszawskiego. Napisałabym dużo więcej, ale gdy wystawa była otwierana ja szkoliłam z marketingu historycznego w Lubelskie Dlatego wybiorę się na wystawę i wtedy zdam relację✌️⚔️🐎 Ale wy nie czekajcie, tylko wybierzcie się zobaczyć wystawę!

Adres

Łódź

Godziny Otwarcia

Poniedziałek 09:00 - 17:00
Wtorek 09:00 - 17:00
Środa 09:00 - 17:00
Czwartek 09:00 - 17:00
Piątek 09:00 - 17:00

Telefon

+48507604551

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Wiktoria Czarnecka Ułan PR umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Wiktoria Czarnecka Ułan PR:

Skróty

Udostępnij