07/01/2026
No i mamy kolejny już 7 stycznia i moje 10 podsumowanie. Chyba ostatnie. Zacząłem je pisać kiedy kończyłem 31 lat. Zatem Level 40 odblokowany! Stało się. Od dzisiaj oficjalnie wkraczam w wiek, w którym „wyjście na miasto” przegrywa z „wyprostowaniem nóg na kanapie”, a hasło „impreza do białego rana” brzmi bardziej jak groźba niż obietnica. Od tego momentu mogę bez wyrzutów sumienia używać zwrotów „za moich czasów” i narzekać na głośną muzykę.
Kiedy mama zapytała: „Synku, robisz jubileusz?”, odpowiedziałem z prędkością światła: „Mamo, błagam”. Moja ostatnia impreza urodzinowa była w wieku 25 lat. Od tamtej pory jedyne, co chcę organizować, to porządek w folderach na pulpicie. I wiecie co? Jest mi z tym wspaniale. Jestem dumnym nudziarzem! Swój czas na młodość miałem i wykorzystałem go w pełni. Ale nadal wiem lepiej co na Youtubie oglądają dzieci moich rówieśników ;). Kim jest Friz, Genzie, Faza i Baza ;).
Dzisiaj jestem innym Jakubem i doceniam inne rzeczy. Spanie w stęchłych kwaterach już nie jest dla mnie. Dzisiaj doceniam wygodne hotelowe łóżko z ładnym widokiem, i miejsca gdzie hotelowa kuchnia dopasuje dietę dla Janka.
Ten tekst to jednak nie podsumowanie życia (na biografię przyjdzie czas), ale ostatnich 365 dni. A działo się!
Co w pracy? Jestem spełniony. Serio. Mnóstwo brandingów, a na koniec roku wpadł „Złoty Strzał” – współpraca z gigantem rynku elektromarketów. Nie mogę zdradzić nazwy, ale powiedzmy, że to duży gracz ;) Wreszcie odpaliłem też nową stronę www. To był mój osobisty Mount Everest, na który wspinałem się w ramach „piątków dla siebie”. Strona jest, działa, choć do 100% brakuje jej jeszcze trochę miłości i SEO. A, no i oferta. Mityczny dokument, który tworzę od 2 lat. Za każdym razem, gdy wysyłam wycenę, kleję ją na nowo jak McGyver. W tym roku to kończę. Muszę. Bo ileż można?
Kryzys wieku średniego? Potrzymaj mi bidon. Podobno faceci po czterdziestce kupują motocykle albo znajdują kochanki. Ja zrobiłem coś gorszego. Zacząłem jeździć w obcisłych ciuchach. Zaczęło się niewinnie: „Przejadę się z Jankiem 10 km”. Skończyło się na: „Zrobię 100 km w Robinsonadzie i zapiszę się na ultra”. W tym miejscu ukłony dla Adam Gębala– człowieka, który z anielską cierpliwością odpowiadał na moje pytania w stylu „A czy ten kolor ramy doda mi +5 do prędkości?”. I dzięki dla ekipy sprint-rowery.pl – w tym roku zostawiłem u Was majątek (rower dla mnie i dla Anity), ale warto było! Trzymajcie kciuki za moje kolana na trasie ultra.
Poza rowerem i pracą, odkryłem coś ważnego. Zacząłem chodzić na spotkania grupy wsparcia dla ojców. Brzmi poważnie? Może. Ale to absolutny sztos. Dzięki za tę przestrzeń. Panowie – nie musimy być twardzielami z kamienia. Jeśli macie dość duszenia w sobie rodzicielskich zagwozdek, idźcie do Mundre Wsparcie. Uczucie ulgi, gdy słyszysz, że inny ojciec też czasem ma ochotę wyjść po bułki i wrócić za trzy dni – bezcenne. Te spotkania bardzo wiele wniosły do mojego postrzegania siebie jako ojca, ale nie tylko- również jako człowieka. Dzisiaj wychowujemy dzieci inaczej i cieszę się, że nie jestem jakimś odklejeńcem i mam z kim pogadać i problemach i zagwozdkach związanych z wychowywaniem w bliskości. To niesamowite, że mężczyźni którzy przychodzą na te spotkania są z tak różnych domów, a problemy z którymi się borykają są niemalże identyczne.
W tym roku udało się też coś, co przy dziecku zakrawa na misję niemożliwą – randki z Anitą. I nie mówię tu o szybkim kebabie w biegu między odbiorem Janka z placówki, a praniem. Udało nam się kilka razy wyrwać wieczorem „na miasto”, tylko we dwoje. Doceniam te momenty podwójnie. Po pierwsze – ciepłe jedzenie, którego nikt mi nie podbiera z talerza, to luksus. Po drugie – możliwość pogadania o czymś innym niż logistyka domowa i choroby przedszkolne jest bezcenna. Choć nie oszukujmy się, po 30 minutach i tak zaczynamy gadać o Janku, ale przynajmniej w ładnych okolicznościach przyrody!
Czego więc sobie życzę na ten nowy, „czwórką” z przodu naznaczony etap?
Przede wszystkim – żeby wiatr na trasie tego ultra wiał zawsze w plecy, a nie w oczy (i żeby kolana wytrzymały moje ambicje). Żebym w końcu skończył tę mityczną ofertę i przestał rzeźbić w plikach jak artysta w glinie. Życzę sobie też, by "piątki dla siebie" stały się świętością, a nie tylko planem w kalendarzu. Piękne też życzenia dostałem od rodziny na wczorajszej kolacji, więc biorę je na barki.
A prywatnie? Żebyśmy z Anitą mieli więcej okazji do randek niż tylko "od święta", a moje ojcowskie "nie chce mi się" częściej przegrywało z dziecięcym "tato, chodź!". No i może jeszcze jednego koncertu o takiej energii jak ten Quebo. Wchodzę w te 40 lat z uśmiechem, spokojem i nowym gravelem. Będzie dobrze!
Niech kolejne 40 lat nie zabierze mi tego co dała mi przeszłość :)