01/01/2026
Zamieszkałam na ulicy, która nie potrafiła zdecydować się na jedno imię. Dla jednych była Andrzeja, dla innych Struga, a czasem istniała jednocześnie jako Andrzeja Struga — jakby nosiła w sobie dwa czasy naraz. Starsi mieszkańcy wypowiadali jej nazwę z pewnością, jak wspomnienie, młodsi z przyzwyczajenia, nie zawsze wiedząc dlaczego. Nigdy nie sprawdziłam, kiedy dokładnie zmieniono nazwę tej ulicy. Pozwoliłam, by pozostała w mojej pamięci w stanie zawieszenia, bo ta niejednoznaczność wydawała mi się uczciwsza niż sucha data w archiwum.
Za każdym razem, gdy mówiłam, że mieszkam na Struga albo na Andrzeja, widziałam na twarzach rozmówców drobną reakcję — uśmiech, poprawkę, krótką historię. Jakby sama nazwa ulicy była hasłem uruchamiającym wspólną pamięć miasta, czymś więcej niż adresem zapisanym w dokumentach.
Do Łodzi przyjechałam na studia. Do dziś nie potrafię rozstrzygnąć, czy była to decyzja, za którą powinnam sobie dziękować, czy raczej jedna z tych, które zostawiają w człowieku trwały niedosyt. Jako ktoś, kto dopiero przeczuwał w sobie zalążki artystycznej wrażliwości, widziałam to miasto jako przestrzeń twórczą i mroczną zarazem, nieco niepokojącą, a przez to magicznie pociągającą. Ta magia szybko zderzyła się z codziennością — z realiami studenckiego życia i brakiem pieniędzy na cokolwiek więcej niż konieczność.
Mimo to w pamięci zostały miejsca, które z czasem okazały się ważniejsze niż same studia. Miejsca, które niepostrzeżenie formowały moją wyobraźnię i uczyły mnie patrzeć. Jednym z nich była księgarnia na Andrzeja Struga — przestrzeń, która do dziś wydaje mi się niedostępna, jakby należała do innego porządku rzeczy.
Najmocniej zapisała się w mojej pamięci jej witryna. Zatrzymywałam się przed nią niemal odruchowo, jakby przyciągała mnie niewidzialna siła. Książki były ułożone z namysłem, niemal ceremonialnie. Stare mapy, pożółkłe okładki, przedmioty, które wyglądały jak fragmenty opowieści wyjęte z innego świata. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że patrzę na doskonałe połączenie narracji, obrazu i kompozycji. Wiedziałam tylko, że to miejsce potrafi uruchomić wyobraźnię.
Często nawet nie wchodziłam do środka. Stałam przed witryną wystarczająco długo, by wyruszyć w podróż — bez pieniędzy, bez biletu, bez planu. Wystarczał widok książek, by świat rozszerzał się poza granice ulicy, która nie potrafiła zdecydować się na swoje imię.