26/06/2026
Coraz częściej w internecie można zobaczyć specjalistów od zdrowia psychicznego, którzy analizują wypowiedzi celebrytów, influencerów, czy osób publicznych. Komentują ich słowa, zachowania, emocje, a czasem sugerują, co może dziać się w ich psychice, jednak warto zatrzymać się przy pytaniu, gdzie kończy się edukacja, a zaczyna przekraczanie granic...?
Samo odnoszenie się do zjawisk psychologicznych nie jest niczym złym, bo można przecież mówić o presji, lęku, wypaleniu, samotności, czy cenie popularności, natomiast zgrzyt pojawia się wtedy, gdy konkretna osoba staje się materiałem do publicznej analizy bez relacji, bez zgody i bez pełnego kontekstu.
Specjalista widzi zwykle krótki fragment wywiadu, kilka zdań, urywek nagrania albo medialny nagłówek. Nie zna historii życia tej osoby, jej sytuacji, wcześniejszych doświadczeń, sposobu mówienia ani tego, co zostało wycięte z rozmowy, a mimo to odbiorcy często słyszą taki komentarz jak profesjonalną ocenę.
To rodzi ryzyko uproszczeń, tworzy też kulturę, w której zaczynamy psychologizować ludzi na podstawie kilku minut materiału. Każdy gest staje się objawem, każde zdanie sygnałem trudności, każda emocja etykietą.
Jest też drugi wymiar tej sprawy, gdy cudze cierpienie, kryzys, czy wrażliwość mogą stać się paliwem do zasięgów i nawet jeśli intencja była dobra, warto zadać sobie pytanie, czy osoba publiczna przestaje być człowiekiem tylko dlatego, że jest znana?
Rola specjalisty wymaga szczególnej ostrożności:
- więcej pokory, mniej pewności,
- więcej mówienia o mechanizmach, mniej oceniania konkretnych osób,
- więcej edukacji, mniej interpretowania ludzi z ekranu.
Można komentować zjawiska społeczne bez wchodzenia w cudzą psychikę, uczyć bez stawiania się ponad kimś oraz mówić o presji sławy bez analizowania konkretnego człowieka. Jednak to cienka granica, którą bardzo łatwo przekroczyć.