Żenujący copywriting

Żenujący copywriting Jednoosobowa psia agencja copywritingu. Piszemy żenująco. [email protected]

16/06/2016

Odcinek trzeci – What does the fox say

Kojące chrapanie Chłopssena pomagało myśleć w trakcie bezsennej nocy.
Knut obserwował sufit i rozrysowywał na nim skomplikowaną strategię leśnych podchodów zaplanowanych na jutro.
Poprzedniego wieczoru ustalił z Nielsem, że najrozsądniej będzie przywdziać odzież maskującą i niezauważalnie wślizgnąć się w leśne ostępy. Potem już tylko pozostawało podejść napastnika i obezwładnić go.
Na szczęście posterunek w Bodo był świetnie przygotowany na takie okoliczności i dysponował profesjonalnymi kostiumami lisów w ilości sztuk dwie. Oczywiście Chłopssen zaklepał sobie ten z bardziej okazałą kitą.
Knutowi udało się zasnąć dopiero nad ranem, ale kiedy nadeszła godzina zero, bez marudzenia wypił mocną kawę i poprawił naciąg rękawic imitujących lisie łapy.
-Wyruszamy! – rzucił do drugiego lisa, upychającego służbową broń w kieszeni na puchatym brzuchu. Po chwili oba lisy wybiegły z posterunku i w podskokach dopadły pierwszych krzaków.
Życie dzikiego zwierzęcia ma swoje powaby. Można biegać beztrosko i ścigać motyle, można też tarzać się w trawie i wdrapywać na pieńki. Kiedy Niels i Knut zakończyli te lisie rozrywki, przyszedł czas na ciężką policyjną pracę.
Zaczęli od węszenia. Przebrania lisów, sfinansowane przez Europejski Projekt Rozwoju Służb Mundurowych, były wyposażone w nosy trzeciej generacji, mogące podjąć trop nawet po wielu dniach.
-Czujesz coś? – spytał lis rudy, wciągając do nozdrzy miękki, aromatyczny mech.
-No, tak jakby…-odparł lis żółtawy, z nosem nisko przy ziemi.- Coś a’la maliny przełamane nutą dębu i giezła.
-Giezła? – ożywił się rudy.- Brudnego?
-Co najmniej dwutygodniowe. – ocenił żółty.- Mamy go.
Radośnie poszczekując, lisy ruszyły śladem śmierdziela. Pędziły przez zarośla, wabione coraz mocniejszym aromatem starego giezła.
Nagle lis Knut zahamował tak gwałtownie, że poczuł, jak luzuje mu się wiązanie głowy do tułowia.
-Stać.- zakomenderował.- Tam w krzaku.
Posterunkowi przyczaili się za zwalonym drzewem i rozpoczęli obserwację podejrzanego krzaka.
I rzeczywiście, poruszył się kilka razy i dobiegło z niego dziwaczne kwilenie.
-To drań…-zasyczał żółty lis- Na niego!
Knut złapał jeszcze po drodze niewielki konar i tak uzbrojony w kilku skokach dopadł krzaka, zamierzył się i zaczął go zawzięcie młócić. Niels tymczasem wyszczerzył kły i rzucił się do środka krzewu, kłapiąc zębami.
-Aaaaaaa!!!! AAAAAA!!!!! – rozległ się lament i spośród listowia wychynęła podrapana twarz poety Didrika.
Posterunkowi zdjęli głowy i ze zgrozą patrzyli jak potłuczony i pogryziony literat gramoli się z krzaków.
-Mam nadzieję, że macie ważne szczepienia! – zasyczał nienawistnie Didrik, niezdarnie wymachując ręką przed zdekapitowanymi lisami.- Złożę na was doniesienie!
Knut poczuł jak ogarnia go wściekłość, uczucie u niego rzadkie i dlatego nie do opanowania.
-Jesteś aresztowany!- wrzasnął- Utrudnianie śledztwa, napaść na posterunkowego, udaremnienie tajnej operacji!
-Kto to?- zaciekawił się Niels, wzbudzając słuszne oburzenie poety.
-To on wymyślił tego grasanta, a tymczasem sam biega po lasach w cuchnących szmatach!- rozkrzyczał się Płaksson.- Zapłacisz za to, Didriku! W kajdanki go!
Niels zawarł w swoim spojrzeniu całą możliwą w takiej sytuacji dezaprobatę i wyjął spod ogona kajdanki.
I już miał je założyć nagle oklapłemu poecie, kiedy nagle poczuł ugryzienie w kostkę i zobaczył jak z krzaka wyskakuje mały, brzydki knypek i zaczyna pędzić w głąb lasu.
-Co do…- zdołał wykrztusić Niels a Didrik zemdlał.

13/05/2015

Odcinek drugi – Życie to ból
Knut Płaksson otworzył powoli oczy i zobaczył nad sobą zaciekawioną twarz Didrika, która szybko zmieniła się w twarz smutną i zaniepokojoną.
-Będę musiał to zgłosić- wyrzęził policjant - Atak na funkcjonariusza…
-Dobrze, dobrze, przepraszam! - parsknął poeta, jakby nie słyszał większej bzdury- Co ze śledztwem??
-Didriku, - Knut mocno powstrzymywał się, żeby nie zacząć go np. policzkować – jestem zmuszony oddalić twoje zgłoszenie z powodu braku przekonywujących dowodów. Idź proszę do domu, albo będę musiał wypisać ci mandat.
-Zazdrościsz mi włosów!- wysyczał wieszcz i wybiegł z komisariatu.
Kawa już całkiem wystygła, ale Płaksson nie zdążył nalać sobie nowej, żeby dojść do siebie, bo dzwonek znów zadźwięczał.
Posterunkowy odruchowo się uśmiechnął, bo jeszcze nie zdarzyło się, żeby przybyła właśnie pani Klopen miała jakiekolwiek kłopoty. Zazwyczaj wpadała na chwilę, wypijała na stojąco trzy kawy i tak posilona wracała do grzebania w swoim ogródku.
Aż podskoczył, kiedy drobna drobna staruszka zaryczała od progu:
-Użarł mnie!!! I ziemniaka ukradł!!!
-K…kto?!- wydusił Knut, chociaż przeczuwał już odpowiedź.
-Knypek jakiś! – emocjonowała się pani Klopen- Mały, brzydki, śmierdziało mu z gęby! Użarł mnie w rękę i pogalopował w las! Policja musi go złapać, to na pewno jeden z tych, no, szatanistów!
-Opis napastnika? – posterunkowy Płaksson usiadł zrezygnowany przy biurku.
Tego samego dnia przyjął jeszcze zgłoszenie od pastora Lornetssona (Odgryzł mi brodę!), bezimiennego pracownika punktu z kebabem (Tena hubek jallahil hajnak!!) oraz, na sam koniec, od lisa, który przyszedł pod komisariat i zwymiotował kawałek brudnego giezła.
Następnego dnia Knutt rozpoczął służbę od wykręcenia numeru komendy w Fauske i poprosił do telefonu komendanta Chłopssena.
-Niels…- wyjęczał do słuchawki- przyjeżdżaj. Mamy w lasach grasanta!
Po drugiej stronie zapadła ciężka cisza, a Knut Płaksson wstrzymał oddech.
-Śpię od ściany.-zakomunikował w końcu Niels Chłopssen, który na czas wspólnych akcji kwaterował się w służbowym mieszkaniu Knuta.
Posterunkowy Płaksson odłożył słuchawkę i zaczął polerować rewolwer.

12/05/2015

A oto cały odcinek, drugi w produkcji.

Odcinek pierwszy – Saga o ludziach z Bodo
Posterunkowy Płaksson siedział jak co rano w swoim kąciku na komisariacie i przeżuwał w zadumie kanapkę z tofu.
Na jego biurku dymił wielki kubek z czarną kawą. Oprócz kubka na blacie leżały grube teczki z dokumentami i zapomniane, ususzone jabłko.
Nowy dzień w sennym Bodo obiecywał ładną pogodę, silny wiatr i raczej niewiele atrakcji.
Knut Płaksson był typowym, wysokopiennym przedstawicielem lokalnej ludności. Chudy, ciemnowłosy, nadający się na statystę w ekranizacji Sagi o ludziach lodu. Pomimo takiego potencjału, wybrał proste życie policjanta i zamiast ścigać na ekranie czarownice, zajmował się informacją turystyczną dla przyjezdnych oraz ściąganiem kotów z drzew. Raz nawet udzielił nagany jadącemu zbyt szybko rowerzyście i co roku odbierał nagrodę mieszkańców Bodo dla policjanta roku.
Dlatego też nie poczuł szczególnej ekscytacji, kiedy przy drzwiach zabrzmiał dzwonek i do komisariatu wszedł poeta Didrik. Nikt nie znał jego nazwiska.
-Knut. – wyszeptał na powitanie i ruchem głowy odgarnął z czoła swoje wspaniałe blond włosy. Większość mieszkańców bardzo mu ich zazdrościła.
-Didrik. – odparł uprzejmie Płaksson. – Poczęstujesz się kawą?
Poeta zamarł na moment, żeby podnieść odrobinę dramatyzm tej sceny i przemówił:
-To miłe z twojej strony, naprawdę. Jednak odmówię, bo chcę mieć wyostrzone zmysły, kiedy będę zeznawał.
-Znowu pokłóciłeś się z panią Popsen? Zawyżacie mi statystyki.
Poeta Didrik zignorował ten przytyk, zamknął oczy i powiedział coś, co bardzo skonfundowało obu mężczyzn:
-Zostałem napadnięty przez skrzata. Pokąsany.
-Skrzata?- upewnił się Knut, wyciągając z szuflady formularz do zeznań. Poeta potwierdził krótkim kiwnięciem; złote włosy zafalowały jak u księżniczki.
Płaksson westchnął. Najchętniej umorzyłby całą sprawę z braku dowodów, ale nie mógł zlekceważyć wieszcza z Bodo.
-Obdukcja? –spytał poważnie. Ku jego zdumieniu na biurku wylądował dokument podpisany przez miejscowego koronera. „Rany gryząco-szarpane, odniesione w walce bezpośredniej” – brzmiała opinia lekarza.
Posterunkowy nie chciał się poddać.
-Opis napastnika?
-Niski, szybkobieżny, brudna rudawa broda, uzębiona paszcza. Był ubrany w jakieś niechlujne giezło, w ogóle sprawiał wrażenie jakby go ktoś z grobu wykopał.
-Ja…-posterunkowemu Płakssonowi po raz pierwszy w życiu zabrakło potrzebnych słów. W milczeniu napił się kawy i spojrzał za okno. Potem skierował wzrok na poetę. – Didriku, jesteś pewien, że to nie był lis?
I wtedy Didrik dostał szału. Nie po raz pierwszy i nie ostatni. W chwilach gniewu i wściekłości recytował swe poezje, czym skutecznie poskramiał swych przeciwników.
-Ciemność nagła wyłupiła mi oczy!! (element profetyczny)- zagrzmiał poeta, a Knut cofnął się odruchowo- Biada, o biada wszystkim w Bodo (element lokalny)!! Czarny żniwiarz z zarazą spleciony przybywa!!!(element apokaliptyczny)
Zaatakowany taką ilością stałych elementów Didrikowej poezji, Knut osunął się zemdlony na biurko.

07/05/2015

Długo, długo nic. Ale postaram się nadrobić. Oto przed Wami zapowiedź nowej kryminalnej powieści w odcinkach.

Odcinek pierwszy – Saga o ludziach z Bodo
Posterunkowy Płaksson siedział jak co rano w swoim kąciku na komisariacie i przeżuwał w zadumie kanapkę z tofu.
Na jego biurku dymił wielki kubek z czarną kawą. Oprócz kubka na blacie leżały grube teczki z dokumentami i zapomniane, ususzone jabłko.
Nowy dzień w sennym Bodo obiecywał ładną pogodę, silny wiatr i raczej niewiele atrakcji.
Knut Płaksson był typowym, wysokopiennym przedstawicielem lokalnej ludności. Chudy, ciemnowłosy, nadający się na statystę w ekranizacji Sagi o ludziach lodu. Pomimo takiego potencjału, wybrał proste życie policjanta i zamiast ścigać na ekranie czarownice, zajmował się informacją turystyczną dla przyjezdnych oraz ściąganiem kotów z drzew. Raz nawet udzielił nagany jadącemu zbyt szybko rowerzyście i co roku odbierał nagrodę mieszkańców Bodo dla policjanta roku.
Dlatego też nie poczuł szczególnej ekscytacji, kiedy przy drzwiach zabrzmiał dzwonek i do komisariatu wszedł poeta Didrik. Nikt nie znał jego nazwiska.
-Knut. – wyszeptał na powitanie i ruchem głowy odgarnął z czoła swoje wspaniałe blond włosy. Większość mieszkańców bardzo mu ich zazdrościła.
-Didrik. – odparł uprzejmie Płaksson. – Poczęstujesz się kawą?
Poeta zamarł na moment, żeby podnieść odrobinę dramatyzm tej sceny i przemówił:
-To miłe z twojej strony, naprawdę. Jednak odmówię, bo chcę mieć wyostrzone zmysły, kiedy będę zeznawał.
-Znowu pokłóciłeś się z panią Popsen? Zawyżacie mi statystyki.
Poeta Didrik zignorował ten przytyk, zamknął oczy i powiedział coś, co bardzo skonfundowało obu mężczyzn:
-Zostałem napadnięty przez skrzata. Pokąsany.

c.d.n........

20/10/2014

Nadeszła ta chwila - Żenujący copywriting podpisał umowę z doktorem Rodżerem z Uniwersytetu w Kłajpedzie i razem zapraszamy Was na newsletter tworzony dla Green Sin.
Pierwsze wydanie już w najbliższą środę.
Zapisać się można, pisząc na e-mail: [email protected]

16/10/2014

Jeżeli się zastanawiacie, czy żyjemy to możemy potwierdzić, że ledwo, ale tak. Siedzimy z Tereską dość cicho, ponieważ zajęłyśmy się wreszcie komercyjnym pisaniem tekstów dla innych. Stawiamy pierwsze kroki, dlatego jeszcze nie mamy się czym pochwalić, ale chyba się rozkręcamy.
I nie zapominamy o powieści dla Was - też się pisze :-)

16/09/2014

Moi drodzy, Zenujacy copywriting jest na wakacjach, ale nigdy nie zasypia. W niedziele bedziemy z Tereska brac udzial w warsztatach kreatywnego pisania, natomiast juz teraz obmyslamy dla Was nowa minipowiesc. Mysle, ze fani fiordow i mordercow beda zadowoleni :-) Milego poczatku tygodnia :-)

06/09/2014

Hejże - hola!
Żenującycopywriting w końcu się usamodzielnił.
Jeszcze nie mamy z Tereską strony internetowej, ale odpaliłyśmy dziś mailchimpa.
To oznacza, że na nasz w pocie czoła tworzony newsletter można i trzeba się zapisywać, wysyłając taką prośbę na adres [email protected].
Za rozczarowanie osób niezapisanych odpowiadamy tylko częściowo ;-)

03/09/2014

Żenujący copywriting dziękuje za łzy wylane przy czytaniu naszej mini-powieści. Jak zawsze można się na jej temat wypowiedzieć, pisząc tu, lub używając tego oto adresu: [email protected] :-)

03/09/2014

odcinek ósmy, w którym dni stają się nieprzyjemne
Kilka tygodni po nieudanej próbie kompromitacji lorda Fajansa sprawy wróciły do normy i Londyn mógł się zająć świeższymi ploteczkami.
Na pewno pomógł temu fakt wycofania się z życia towarzyskiego lorda Horacego, którego nikt nie widział od czasu feralnego wieczoru.
Nie zaszkodziły też działania lady Vieslavy oraz wicehrabiego Koontza, którzy od razu przystąpili do zastraszania i szantażowania londyńskich wydawców bulwarówek.
Oboje pracowali niestrudzenie na rzecz ratowania dobrego imienia swego mocodawcy, starannie unikając przy tym własnego towarzystwa.

Pewnego słonecznego poranka wicehrabia Koontz opuścił elegancki klub dla dżentelmenów i pod wpływem nagłego kaprysu postanowił wrócić do domu pieszo.
Po całonocnej partyjce brydża potrzebował powietrza.
Kupił po drodze gazetę i wymienił kilka zdawkowych pozdrowień z innymi spacerującymi arystokratami. Dzień zapowiadał się bardzo przyjemnie.
Wicehrania wystawił twarz ku słońcu i zamierzał jak zawsze oddać się egzotycznym wspomnieniom, kiedy nagle usłyszał głośne „pssssst”.
Z niedowierzaniem rozejrzał się dokoła, szukając wzrokiem zuchwalca, który ośmielał się na niego posykiwać.
Ulica była pusta, jedynie pod ogrodzeniem posesji garbił się nad swym kramem pucybut.
Koontz prychnął zniecierpliwiony i zamierzał odejść, ale wtedy usłyszał to znowu.
-Pssssssssssst.....Kooontz...
Wicehrabiego zatkało z oburzenia. Syk dochodził spod kapelusza brudnego pucybuta!
-Jak śmiesz!- warknął intrygant i dobył laski, żeby nauczyć zuchwalca dobrych manier.
-Koontz, to ja, Poomba!- zajęczał pucybut, cudem unikając ciosu.

Wicehrabia z niedowierzaniem mierzył wzrokiem to żałosne stworzenie i nie wiedział, co odrzec. Sam zawiózł Horacego i lorda Poombę do luksusowego ośrodka poprawczego za Londynem, sam uścisnął rękę ojcu O’Kielichowi, który obiecał mieć na nich baczenie. I wszystko wydawało się w porządku. Czyżby młody Poomba nie mógł wytrzymać bez swych ulubionych przebieranek?
-Robimy z siebie widowisko...-mruknął wielce niezadowolony z niespodziewanego spotkania Koontz- Proszę iść za mną w przyzwoitej odległości, pod klubem stoi mój powóz.
I to był koniec przyjemnego dnia.

Lady Vieslava przybyła do rezydencji Koontza niemalże w podskokach, otrzymawszy bilecik z informacją o nagłym pojawieniu się lorda Poomby. Za nic nie przegapiłaby takiej sensacji.
Obaj intryganci czekali w salonie. Zapłakany Poomba kulił się na kanapie w róże, a ponury wicehrabia palił cygaro, wpatrując się w kominek.
-Mój drogi lordzie Poombo!- wykrzyknęła radośnie lady Vieslava i przytruchtała bliżej.- Jak dobrze cię widzieć w Londynie!
-Dość!-przerwał jej Koontz- Sytuacja jest poważna. Niech pan jej wszystko opowie.
Lady Vieslavę po raz kolejny poraziła jego męska brutalna siła, ale nadludzkim wysiłkiem skupiła się na opowieści lorda Poomby.
-A więc...-pociągnął nosem młody lord- Zostaliśmy oszukani i wykorzystani. Po odjeździe wicehrabiego Koontza kazano nam oddać binokle i cygara, podobno ze względów bezpieczeństwa. Ale najgorsze zaczęło się później!
Lady Vieslava zaczęła żałować, że nie poprosiła o ciasteczka, ale po raz kolejny siłą woli zmusiła się do słuchania.
- Ojciec O’Kielich pod pozorem wycieczki krajoznawczej wywiózł nas do lasu. Powiedział, że odtąd ciężką pracą będziemy odkupiać swe winy. Lord Horacy został przydzielony do ekipy węglarzy i teraz całymi dniami wypala węgiel drzewny!
Wicehrabiemu Koontzowi przyszło do głowy, że to oznacza dla niego święty spokój po wsze czasy, ale szybko przegonił tę niegodną dżentelmena myśl.
A tymczasem Poomba lał gorzkie łzy i dalej snuł świadectwo swego upodlenia.
- Kiedy już przestałem słyszeć z oddali jego śmiech, zostałem poinformowany, że będę pracował jako pucybut w pobliskiej rezydencji. To były najgorsze dwa tygodnie mojego życia! Musiałem spać w pokoju dla służby, jeść owsiankę, a najgorsze było to, że odmówiono mi herbaty! Ojciec O’Kielich to wysłannik szatańskich sił! Czy wiecie, że połowa roznosicieli gazet w Londynie to arystokraci? A ilu jest szlachetnie urodzonych kucharzy i pomywaczy! On to wszystko zaplanował!

Żołądek lady Vieslavy skręcił się na samą myśl o pracy zarobkowej, ale szybko się opanowała.
-Jeśli pytacie mnie o zdanie to należy jak najszybciej wybawić drogiego Horacego z opresji.- powiedziała ostrożnie, bo ostatnie tygodnie były najspokojniejszymi w jej dotychczasowym londyńskim życiu. – Drogi Poombo, niech pan zażyje kąpieli i odpocznie, a my tymczasem obmyślimy ratunek....
Kiedy upłakany Poomba odszedł w towarzystwie pokojowca, lady Vieslava bojowo zaszeleściła suknią.
-Czy myśli pan o tym samym, co ja?
Koontz skrzywił się w grymasie, który zastępował u niego uśmiech.
-Ojciec O’Kielich popełnił duży błąd...-mruknął- Uważam, że należy nam się darmowy węgiel na zimę i udział w zyskach.
Lady Vieslava spojrzała na niego z ogniem w oczach i powaliła go na kanapę.

C.d.n?

03/09/2014

odcinek siódmy, w którym staje się wiadomym, że niektórzy są skazani na piekło
Wicehrabia Koontz machał ręką niczym biblijny prorok i nadal przemawiał:
-Musisz się ukorzyć, drogi przyjacielu i zmienić swe postępowanie! Spójrz, do czego doprowadziło twe zamiłowanie do o***m!-grzmiał- Oto wciągnąłeś w swój upadek niewinnego młodzieńca, naszego miłego lorda Poombę!
Niewinny młodzieniec zacharczał, gdy opadła z niego kołdra i oczom zebranych ukazał się na wpół rozsznurowany gorset. Koontz teatralnym gestem zakrył oczy i odwrócił głowę. Ojciec O’Kielich mimowolnie dotknął wiszącego na szyi krzyża.
Zapadła chwila niezręcznej ciszy.
-Ojciec O’Kielich jest tu, by panu pomóc.-wtrąciła uspokajająco lady Vieslava, ale kiedy Horacy, zamiast upaść na kolana, zaniósł się perlistym śmiechem, nastąpiła eksplozja.
-Na wszystkie diabły, cholera jasna!- zaryczała lady Vieslava głosem niedźwiedzia z lasu. Wszyscy w osłupieniu odwrócili się w jej stronę- Wszystko było przygotowane!! Rysownik czekał w korytarzu, żeby uwiecznić Fajansa w kompromitującej sytuacji! Kopiści tam byli! Wszyscy gotowi na rozesłanie tego do bulwarówek! A pan...pan się nie mógł powstrzymać, po prostu nie mógł! Odurzyć się o***m to za mało, trzeba było jeszcze dobierać się do Poomby!! Ja oszaleję!!!
Wstrząśnięty Horacy zachichotał cichutko, podczas gdy Koontz wyprowadził wierzgającą intrygantkę do salonu. Z korytarza dobiegały jej cichnące ryki.
-Ojcze O’Kielich!- załkał lord Obibock- Chcę się ukorzyć! Doprowadziłem lady Vieslavę do szaleństwa i nastawałem na cześć lorda Poomby! Co ja uczyniłem!
-Synu!- zaśpiewał spowiednik- Grzechy twe są ogromne, a niektórzy z nas są po prostu skazani na piekło! Obawiam się, że to Twój przypadek.
-Ale ja nie jestem papistą...-płakał Horacy.- I szczerze żałuję! Czy w takim wypadku nie da się mnie uratować?
Ojciec O’Kielich niejedno już widział, będąc etatowym spowiednikiem londyńskich elegantów. Jednakże widok nie pierwszej świeżości lorda Obibocka, który ukrywał w sypialni ubranego w damski gorset przyjaciela, prawdziwie go poruszył. Obaj młodzieńcy toczyli się ramię w ramię prosto w piekielne czeluście i należało im pomóc.
-Być może jest pewien sposób, żebyście obaj nie smażyli się w wiecznym ogniu...-rzekł enigmatycznie.
Z łóżka dobiegł zduszony szloch lorda Poomby, który równie mocno przejął się perspektywą potępienia jak i faktem, że wszyscy tu obecni widzieli go w rozmazanym makijażu.
Tymczasem w salonie lady Vieslava szlochała na ramieniu wicehrabiego Koontza. Udało mu się ją spacyfikować za pomocą soli trzeźwiących, ale zamiast spocząć na szezlongu, owinęła się jak wąż wokół jego ramienia i zaczęła rozpaczać.
-Niewdzięcznik!-zawodziła- Intrygowałam w jego imieniu tyle lat a on zrobił coś takiego! Jestem skończona! Wszyscy jesteśmy!
Wicehrabia cierpliwie poklepywał ją po głowie, błądząc wzrokiem po suficie, a myślami po Afryce.
-Tak, tak, jestem tutaj, niech się pani wypłacze.-mruczał bez przekonania, bo nigdy nie rozumiał sensu tej czynności.
Lady Vieslava ścisnęła jego ramię z potworną siłą i wbiła w niego opuchnięte oczy. Koontz odruchowo się wzdrygnął, przygotowując się na nową falę zawodzenia, ale zamiast tego intrygantka rzuciła się na niego jak dzikie zwierzę.
-Jest pan taki męski!-usłyszał przerażony tym atakiem Koontz, a potem lady Vieslava powaliła go na szezlong i obdarzyła gwałtownym pocałunkiem.
Wicehrabia wrócił na moment myślami do chwili, kiedy na sawannie przeżył atak lamparta, a potem, już uspokojony, przeprowadził kontratak. Schwycił lady Vieslavę za kark i odciągnął od siebie jak niegrzecznego kota.
-Co pani wyprawia...-mruknął z lekkim niesmakiem- Nie czas na głupstwa.
Wstał z szezlonga i zapalił papierosa.
-Musimy się zastanowić jak zatuszować ostatnie wydarzenia.- odezwał się pochwili, jakby nic się nie wydarzyło- Intryganci nie poddają się tak łatwo.
Lady Vieslava wpatrywała się w niego z uwielbieniem pomieszanym z nienawiścią.
c.d.n.

20/08/2014

Już tylko dwa odcinki do końca sezonu :-) Czy Horacy uniknie poniżenia?? Czy wicehrabia Koontz przestanie przemawiać? Tego wszystkiego dowiecie się w odcinku siódmym i ósmym.

Adres

Cała Polska

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Żenujący copywriting umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Żenujący copywriting:

Udostępnij