15/06/2026
Wolniutko w domu zaczyna panować nerwowa atmosfera... a wszystko z powodu wakacji. Dla jednych upragnionych, dla innych mniej.
Stary felieton, ale nic a nic nie stracił na swej aktualności.
"(...)Trzy dni do wyjazdu. Zjawiskowy miszmasz skrajnych emocji z pogranicza euforii, strachu i ogólnego “nieogaru” dochodzi do głosu. W mojej głowie pojawia się riesefieber, co w wolnym tłumaczeniu znaczy: podróżnicza gorączka. Temperaturę mam w normie, ale jest osobliwie. To co robię, to co myślę i to co czuję trochę nie przystoi osobie, która lada moment ma zmierzyć się z najważniejszym logistycznym przedsięwzięciem w roku. Trzeba się spakować, zdecydować co będzie potrzebne, a co nie. Majtki, skarpetki to wiadomo. Koszulki z długim, z krótkim i średnim rękawem. Bluzy, spodnie, szorty, kurtki i koszule. Robi się tego dużo. Za dużo, bo jeszcze książki, które przeczytamy albo i nie, leki główne i poboczne, jakaś planszówka, kabelki, ładowarki i mnóstwo innych niekoniecznych drobiazgów. Teraz najgorsze, kolejność pakowania. Ręczniki na spodzie czy na wierzchu? Książki do podręcznego, czy w walizce? To nie są proste rzeczy, a wyjazd tuż, tuż. Przeplata się ze sobą poczucie braku czasu i jego wystarczalności. Trzy dni to za wcześnie, żeby drukować bilety. Po co, skoro można zrobić to tuż przed wyjściem w pośpiechu, czwarty raz sprawdzając czy wszystkie okna pozamykane.
Na te kilka dni przed wyjazdem uruchamia mi się również irytujący proces myślowy, który trwa do samego powrotu. Można go skwitować zdaniem: “Miejmy to za sobą”. Będąc w domu myślę o tym, że chcę być już na lotnisku. Tam z kolei chcę być już po odprawie. Następnie pragnę wylądować, potem chcę mieć za sobą zakwaterowanie, które zresztą zgodnie z wolą żony zmieniamy co 2 dni, i tak dalej i dalej. Nie rozumiem tego, bo to by znaczyło, że wyjeżdżając na upragniony urlop marzę o tym, żeby być już w domu, a przecież tak nie jest. Ja chcę tych wakacji, chcę celebrować każdy wolny od pracy i obowiązków dzień. Liczę, że zobaczę coś niesamowitego, że zjem ekstremalnie smaczne pożywienie lokalne, albo, że po prostu coś sprawdzę, ot chociażby swój angielski.
Bo angielski trochę umiem, ale trochę też nie. Momentami wydaje mi się, że jest OK, że ja właściwie już śmigam po angielsku. Próbuję wtedy ogarnąć coś więcej niż “Ekskjuzmi, łer is de tojlet?” i nie muszę wcześniej sobie tego układać w głowie. Tak było w Australii, gdzie miałem okazję zasiąść za kółkiem gigantycznej ciężarówki potocznie zwanej Road Train. W przypływie emocji zuchwale zapytałem swoją, jak mi się wtedy zdawało, poprawną angielszczyzną, ile to cacko pali. Kierowca odpowiedział wtedy coś co było zapewne odpowiedzią na moje pytanie, tylko, że ja nic nie zrozumiałem. Żeby nie wyjść na frajera odpowiedziałem: “Wow, what a monster!”. Facet był wyraźnie zadowolony, w końcu jego fura zrobiła na mnie wrażenie. Gdyby on wiedział…
Urlopy kosztują nas dużo stresu i nerwów, o pieniądzach już nie wspomnę. Cieszmy się zatem tym, co pomiędzy nimi, czyli pracą. Chodźmy do swoich biur i fabryk dziarskim, żwawym i ochoczym krokiem. To tam naładujemy baterie na kolejny wywczas."
Maciek Szczęch
Łowcy.B