18/06/2026
🟥 Może nie ze wszystkim zgadzamy się w 100 procentach, ale warto przeczytać 🧐
🟠 „UNIA ZMIĘKŁA, POLSKA BRUNATNIEJE, A PAŃSTWO STOI I PATRZY JAK ŚWINIA NA MALOWANE WROTA
W cywilizacyjnym ujęciu wygląda to prosto i brutalnie. Ciężkie czasy rodzą zdeterminowanych i silnych ludzi. Silni ludzie budują stabilne i dobre czasy. Dobre czasy, wygoda, lekkość i przekonanie, że historia już się skończyła, tworzą ludzi miękkich, wygodnych i słabych. A słabi ludzie, pozbawieni odporności, instynktu i umiejętności radzenia sobie z kryzysem, ponownie doprowadzają do ciężkich czasów. I właśnie w tym miejscu dzisiaj jesteśmy. Unia zmiękła jak świnia w zagrodzie. Starła kły, schowała pazury, rozpuściła się w procedurach, deklaracjach, rezolucjach i świętym przekonaniu, że świat będzie grzeczny, bo Bruksela napisze mu ładny regulamin, przybije pieczątkę i wyśle maila z dopiskiem „z wyrazami szacunku”. Wojownika już prawie nie ma. Zostały muzealne zbroje, pomniki, konferencje, plastikowe identyfikatory i opowieści o tym, jacy kiedyś byliśmy twardzi.
A Polska? Polska brunatnieje, bo państwo udaje, że nie widzi ognia. Nie chcę Polski brunatnej. Nie chcę Polski z samozwańczymi patrolami, z zielonymi koszulami na dworcach, z typami bawiącymi się w straż niebiańską od sprawdzania ludzi po ryju, akcencie i nazwisku. Nie chcę też Polski w żółtych kamizelkach, zapierdalającej do Berlina z krzyżem pod pachą, żeby udowodnić, że istnieje Polska idiotów, która pomyliła patriotyzm z pielgrzymką frustratów po zagranicznych dworcach. I nie chcę MMA w Pałacu Prezydenckim, bo to nie jest miejsce na wyciskanie stu na klatę, napinanie bicepsa i walenie snusa pod wargę. Pałac Prezydencki to nie siłownia w remizie, nie klatka, nie mata i nie lokalny turniej samców alfa po przecenie. To symbol państwa. A państwo ma mieć powagę, kręgosłup i instytucje, a nie polityczny fitness, narodowy cosplay i chłopców od teatralnego prężenia klaty.
I nie udawajmy, że oni spadli wczoraj z nieba. Te zielone koszule i żółte kamizelki od dawna łażą po tym polskim pierdolniku, tylko państwo wolało patrzeć w bok, bo tak było wygodniej. Najpierw komentarze. Potem hasła. Potem marsze. Potem patrole. A jutro pójdą dalej, bo każdy radykał idzie dalej, kiedy widzi, że władza boi się pierdolnąć pięścią w stół. To jest stara zasada. Jak państwo cofa się o krok, to ulica robi dwa kroki do przodu, potem bierze megafon, kamizelkę, flagę, krzyż, pałkę moralną i zaczyna urządzać kraj według własnego skrętu kiszek.
Tu trzeba państwa, które reaguje natychmiast. Nie komunikatu z ministerstwa pisanego przez człowieka po kursie unikania odpowiedzialności. Nie miękkiego mruczenia o monitorowaniu sytuacji. Nie kolejnej konferencji, na której trzech panów w garniturach patrzy poważnie w kamerę, jakby właśnie odkryli, że woda jest mokra. Trzeba państwa, które mówi jasno, koniec zabawy, samozwańcze patrole nie zastępują policji, narodowe bojówki nie zastępują prawa, a ulica nie będzie decydować, kto może chodzić po dworcu, jeść w knajpie, mówić z akcentem i żyć w Polsce bez strachu. Bo jak państwo tego nie zrobi, to za chwilę brunatna banda sama sobie dopisze paragrafy, sama zrobi sąd i sama wykona wyrok.
Czarnek i Kowalski mogą sobie sprawdzać nazwiska i pochodzenie, ale niech zaczną od własnego podwórka. Niech sobie nawzajem sprawdzą własne papiery, czy już mocno są obsrane od tej narodowej gorączki. A najlepiej niech przejrzą listy własnych posłów, współpracowników i politycznych kuzynów, bo tych wszystkich Wassermannów, Müllerów, Schreiberów i innych nazwisk z niemieckim brzmieniem jest w tej prawicowej rodzinie od cholery. Aż dziw bierze, że ta antyniemiecka i jednocześnie tak niemiecka z nazwisk partia przez tyle lat tego nie zauważyła. Kaczyński z Macierewiczem musieli chyba przespać moment naboru, bo inaczej musieliby własnym ludziom robić komisję pochodzeniową przy wejściu do klubu. Ale spokojnie, pewnie da się to rozwiązać ustawą, komisją, konferencją i trzema paskami w zaprzyjaźnionej telewizji.
I właśnie na tym polega cały ten kabaret. Oni nie bronią Polski. Oni żerują na lęku, bo wiedzą, że radykalizowanie ludzi daje kilka procent. Wystarczy postraszyć Ukraińcem, migrantem, Unią, Niemcem, Brukselą, zgniłym Zachodem i już tłum zaczyna warczeć. Potem oczywiście wszyscy niewinni. Oni tylko zadawali pytania. Oni tylko mówili, co ludzie czują. Oni tylko bronili polskości. Nie, panowie. Wy nie opisujecie pożaru. Wy dolewacie benzyny, a potem zakładacie hełm strażaka do zdjęcia, żeby bohatersko pozować na tle płomieni, które sami podsycaliście.
Mentzen i Braun robią dokładnie to samo, tylko w jeszcze bardziej bezczelnej wersji. Żerują na polskim strachu, na zmęczeniu wojną, na frustracji, na tym, że ludzie chcą prostego winnego. Więc dostają winnego. Ukrainiec. Unia. Obcy. System. Elity. I dziwnym trafem ta melodia często brzmi tak, jakby ktoś stroił instrumenty daleko na wschodzie. Nie trzeba nikomu udowadniać koperty z Kremla, żeby widzieć, komu służy taki s*f. Czasem wystarczy głupota, pycha, cynizm i polityczny apetyt większy niż odpowiedzialność za państwo. Nie każdy musi być agentem. Czasem wystarczy być użytecznym idiotą z mikrofonem, zasięgami i ego większym niż mapa Europy.
Ale Tusk i Siemoniak też niech nie udają, że wystarczy przypiąć serduszko do klapy i świat się sam naprawi. Polityka państwa przyfrontowego to nie jest niedzielny wolontariat, a serduszka w klapie zostawcie Owsiakowi, bo on sobie z tym doskonale radzi i naprawdę nie potrzebuje, żeby się jeszcze ktoś do niego politycznie doklejał jak promocja do paragonu. Tu nie trzeba ciepłych zdjęć, dobrych emocji i miękkiego mruczenia o monitorowaniu sytuacji. Tu ludzie potrzebują realnego wsparcia, sprawnego prawa, twardych decyzji i polityków z kręgosłupem. A jeśli was to przerosło, jeśli boicie się powiedzieć bandycie, radykałowi i prowokatorowi, wypierdalaj z tym z ulicy, tutaj jest państwo, to może faktycznie czas odejść z polityki samemu, zanim wyborcy wystawią wam czerwoną kartkę i pokażą kierunek do szatni.
Bo wojna na Ukrainie nie zniknie z naszej przestrzeni. Ona będzie coraz brutalniej wchodziła w polską ulicę, polski internet, polskie dworce, polskie knajpy, polskie osiedla i polską politykę. Będą prowokacje, dezinformacja, agentura wpływu, przestępstwa, zemsty, porachunki i całe stada pożytecznych idiotów, które z własnej głupoty będą robiły za paliwo dla cudzych służb. Kto tego nie rozumie, nie powinien zarządzać państwem przyfrontowym. Powinien najwyżej pilnować kolejki po watę cukrową na festynie, chociaż i tam pewnie potrzebowałby zespołu doradców, dwóch analiz i komunikatu o trwających czynnościach.
I tak, jestem za Unią. Bez Unii jesteśmy słabsi, bardziej samotni i łatwiejsi do rozegrania. Ale to nie znaczy, że dzisiejsza Unia jest silna, bo nie jest. Jest ospała, przestraszona, często ślamazarna i zakochana we własnych procedurach. Tylko że alternatywą nie jest samotna, dumna Polska z husarską naklejką na zderzaku, ale Polska mniejsza, biedniejsza, bardziej podatna na brunatny s*f, ruską grę i własną głupotę. Unię trzeba naprawiać. Polskę trzeba naprawiać. Prawo trzeba wymienić. A polityków, którzy nie dorośli do skali zagrożenia, trzeba odsunąć od kierownicy, zanim wjadą tym krajem w ścianę, a potem będą tłumaczyć, że przecież mieli dobre intencje, tylko droga była śliska, opozycja przeszkadzała, a GPS pokazywał Berlin.
Brunatniejemy nie dlatego, że większość ludzi taka jest. Brunatniejemy dlatego, że mała, głośna, agresywna banda przez lata przesuwała granice, a państwo udawało, że to folklor. Najpierw w internecie. Potem na ulicy. Potem na dworcu. Potem przy płonącym lokalu. A później wszyscy będą zdziwieni, że ogień, który karmiono dla paru procent poparcia, zaczął żreć własny dom. Tylko wtedy będzie już za późno na zatroskaną minę, konferencję prasową i trzy flagi w tle. Flagi ognia nie gaszą. Miny też nie. A państwo z dykty nie staje się betonem tylko dlatego, że polityk powie to głosem pełnym troski.
Piszecie, żeby dać jeszcze czas Żurkowi, Tuskowi i jego ekipie. Tylko ja im czasu nie zabieram. Oni sami przepierdolili ostatnie trzy lata bez mojej pomocy. Może z wyjątkiem Żurka, bo jest od roku, a o jego poprzedniku nawet nie będę pisał, bo szkoda klawiatury i ludzkiej cierpliwości. Piszecie, że łatwo się krytykuje i jak taki mądry jestem, to mogę spróbować kandydować. Tylko ja ich do polityki nie pchałem. Sami przez osiem lat rządów P*S opowiadali, jak szybko, sprawnie i zgrabnie się z nimi rozprawią. I co? I g***o. Mieli osiem lat, żeby się przygotować. Mieli osiem lat na ludzi, procedury, projekty ustaw, plan działań i twarde decyzje. A dziś znowu słyszymy, że trzeba czasu. Nie, panowie. Czas był. Zegar tykał osiem lat. Teraz tyka już tylko cierpliwość wyborców.
Został rok do wyborów i powiem wprost, ja już nie wierzę w pewną wygraną Koalicji. Na szczęście prawa strona jest tak podzielona, tak rozjechana i tak napompowana własnym ego, że tam jest więcej wodzów niż Indian. Mentzen, Bosak, Braun, Kaczyński, Czarnek, Morawiecki i cała reszta tego politycznego towarzystwa będą się żreć tak, że aż będzie huczało. Jeden będzie zbawiał naród podatkami z mema, drugi krzyżem, trzeci konferencją, czwarty komisją, piąty żalem po utraconym tronie, a szósty własnym odbiciem w telewizyjnym ekranie. Tylko czy to jest dobre dla państwa przyfrontowego? No k***a nie. To nie jest strategia. To jest bójka w politycznej remizie, tylko że za oknem naprawdę stoi wojna.
Może więc czas na nową radykalną partię, ale radykalną w stronę Unii, pragmatyzmu, bezpieczeństwa i twardego państwa. Bardziej proeuropejską, ale nie miękką. Bardziej unijną, ale bez brukselskiego klęczenia przed własnymi procedurami. Walczącą o radykalną zmianę prawa, o sprawne instytucje, o realną odporność państwa i o Unię, która nie jest klubem dyskusyjnym dla przestraszonych urzędników, tylko polityczną, gospodarczą i militarną siłą. Bo Unia jest nam potrzebna. Silna Unia. Twarda Unia. Unia zdolna gryźć, kiedy ktoś wkłada łapy w nasze bezpieczeństwo. To są ciężkie czasy, więc potrzebni są twardzi ludzie, a nie kolejni polityczni ministranci z miękkimi kolanami, mokrymi oczami i pustymi deklaracjami wygłaszanymi na tle flag, których nie potrafią obronić.”
Kafir Afgan