09/03/2023
Polecamy najnowsze wydanie Miesięcznik "Kraków"
NIE ZDĄŻYŁEM SIĘ WYSTRASZYĆ – mówi gen. Mieczysław Bieniek w rozmowie z Witoldem Beresiem i Krzysztof Burnetko w najnowszym, marcowym numerze Miesięcznik "Kraków" i Świat”. Gen. Mieczysław Bieniek: Najtrudniejsze dla każdego dowódcy jest nie to, że musi iść na linię frontu i być z żołnierzami. Najtrudniejsze jest podjęcie decyzji o zaplanowaniu i przeprowadzeniu trudnej, niebezpiecznej operacji. I po tej decyzji tylko ty jesteś za jej podjęcie odpowiedzialny. Nie twoi zastępcy czy doradcy. A jeśli ona się kończy śmiercią twoich żołnierzy, to sobie zadajesz tysiące razy pytanie, czy zrobiłeś wszystko, co byłeś w stanie zrobić, żeby zabezpieczyć, przewidzieć. To są najgorsze sytuacje. Takich sytuacji miałem w życiu parę. Szczególnie w Iraku.
PIEKŁO BLISKIEGO WSCHODU
Tak?
Bardzo ciężko było w Karbali. To było kilkanaście dni piekła… Zaczynało się właśnie muzułmańskie święto Aszura, gdy bojówki Al-Kaidy zaatakowały siedzibę lokalnych władz i policji, gdzie przetrzymywani byli też aresztowani terroryści. Ich ataki odpierało osiemdziesięciu polskich i bułgarskich żołnierzy, którzy mieli zapasy jedzenia oraz broni jedynie na 24 godziny walki. W pewnym momencie stracili kontakt z nami, nie wiadomo było, kiedy dotrze wsparcie…
Albo nie – opowiem o czym innym. O rozminowywaniu składów amunicji Saddama Husajna. Kiedy wybuchła druga wojna w Zatoce Perskiej w 2003 roku, Husajn miał siedem dywizji pancernych elitarnej gwardii republikańskiej. Ale Amerykanie zniszczyli połowę z nich, część przekupili, reszta się rozpierzchła, Saddam uciekł, policja i wojsko zostały rozwiązane, a przestępcy wypuszczeni z więzień.
To był błąd, armia została niepotrzebnie rozwiązana. Tych policjantów i żołnierzy, którzy mieli ręce we krwi, trzeba było skazać i zamknąć, a resztę przeszkolić.
Tak nie zrobiono.
I zaczęły się kłopoty.
Trzeba pamiętać, że dywizja czołgów to jest jakieś 320 maszyn. Saddam miał głównie radzieckie czołgi T72, świetny wynalazek na czas zimnej wojny, bo wymagały tylko trzech członków załogi i dzięki temu można było mieć więcej pocisków na pokładzie. A więc 300 czołgów po 50 pocisków razy pięć dywizji. I do tych czołgów musiały być ogromne składy amunicji, tak zwane ASP. Tylko w mojej strefie miałem jedenaście takich składów, a przy strategicznym lotnisku Al-Kut były największe – i to jeden bunkier, tam tych bunkrów było 20 na powierzchni cztery na osiem kilometrów.
Jednym z zadań naszego kontyngentu była więc utylizacja tej amunicji metodą wybuchową, jak najszybciej, bo nie mieliśmy wystarczających sił do pilnowania tego wszystkiego, a Al-Kaida przychodziła, kiedy chciała, i brała tę amunicję jak swoją, po czym robiła z niej ładunki wybuchowe, które podkładano na drogach.
Musieliśmy być szybsi.
Tylko że wtedy ściągaliśmy na siebie ataki terrorystów, którzy wykorzystywali naszą obecność w składach, żeby doprowadzić je do wielkiej detonacji. To nie byli przypadkowi goście, lecz miejscowi sunnici, którzy jeszcze niedawno służyli w armii, a teraz nie mieli z czego żyć. Gdy przyszli wysłannicy terrorystów i zaproponowali im dziesięć albo i dwadzieścia dolarów dziennie, czyli tysiąc funtów irackich, to nawet się nie zastanawiali.
(Na marginesie – to dlatego później nastąpiła zamiana funta irackiego na nowy funt, bo terroryści mieli miliony tych funtów poukrywanych w różnych schowkach).
Ci bezrobotni wybierali więc Al-Kaidę, bo po prostu potrzebowali pracy. I co tu dużo mówić – „pracowali” bardzo sprawnie.
Zwykle swoimi pick-upami, na których mieli zamontowane moździerze, szybko podjeżdżali na określony dystans do planowanego celu, odpalali serię pocisków i jeszcze szybciej uciekali.
Miałem wtedy pododdziały saperów, znakomitych fachowców, którzy wyciągali amunicję z tych składów ASP. Robili to w dzień i w nocy, non-stop, a upały były jak cholera. Chronili ich snajperzy, czyli zespoły rozmieszczone na okolicznych wzgórzach i monitorujące teren. W tym składzie przy Al-Kut pracował akurat wielonarodowy zespół saperski: P***k, Łotysz, jeden Litwin i dwóch Słowaków, a ochronę wszystkiego trzymali Ukraińcy. I być może czegoś nie zauważyli, a może zauważyli za późno, w każdym razie nasi saperzy zostali nakryci ogniem moździerzy.
Moździerz jest bronią niecelną, ale piekielnie skuteczną, jeśli dobrze ustawisz namiary. A że to byli artylerzyści pochodzący z tych rejonów, gdzie atakowali, więc dokładnie wiedzieli, gdzie co jest.
I tak się właśnie stało. Nakryli naszych ogniem i trafili w stertę wyniesionych pocisków. pięciu żołnierzy zginęło w ciągu ułamka sekundy. Wyparowali. Ich DNA musieliśmy odczytywać ze szczątków.
To był naprawdę dla mnie ciężki cios, przeżyłem to bardzo mocno.
Jest taki film z pożegnania tych chłopaków. Siedzimy w bazie „Babilon”, leżą trumny tych młodych, na trumnach hełmy i zdjęcie każdego z nich. I jeden z ich kolegów gra na gitarze, jego kolega śpiewa, a cały amfiteatr, 800 chłopa, twardzieli, zaprawionych w bojach, Brytole, Amerykanie, Polacy, Węgrzy, Słowacy, Litwini, siedzi i płacze. A później odprawianie tych trumien do kraju… to było straszne. Na zawsze pozostanie w mojej pamięci. I rozmowy – moje z szefami, z naszym ministrem obrony, z ministrem Litwy, z szefem sztabu generalnego Słowacji. Dlaczego, co, jak, kiedy… No i świadomość, że ktoś jeszcze trudniejsze rozmowy prowadzi z ich rodzinami, hen, daleko w Europie. To było trudne.
A chwila, kiedy Pan osobiście najbliżej otarł się o niebezpieczeństwo?
Było na pewno kilka takich epizodów. Przypomina mi się dzień, gdy wracaliśmy śmigłowcem z odprawy z Bagdadu. To był sokół, który ma osiem rakiet niekierowanych z jednej strony i osiem z drugiej w podwieszonym zasobniku. I nagle ostrzelali nas z dołu z karabinów maszynowych. Lecieliśmy nisko, ale na szczęście bardzo szybko, a za nami w dodatku leciał amerykański apache, który otworzył ogień na tych na dole.
Uff, udało się.
Dopiero gdy wylądowaliśmy w bazie, zobaczyliśmy, że między tymi rakietami były dziury. Jakby trafili pięć centymetrów w bok w którąś stronę, to trafiliby taką rakietę i wszystkich nas by wypieprzyło w powietrze.
Mieliśmy po prostu niewiarygodne szczęście, które jest potrzebne nie tylko na wojnie.
(Dalsza część rozmowy w wydaniu papierowym Miesięcznika "Kraków i Świat" i na naszej stronie internetowej https://www.miesiecznik.krakow.pl/