10/01/2025
Reportaż i relacja w jednym poście 😎Czyli szaleństwo kreatywności. Ostateczne podsumowanie zeszłorocznej edycji LODOŁAMACZY na zimowym Bałtyku. Sofunyachts dziękujemy za Lady F, to dzielny jacht, który mamy nadzieję poprowadzi nas jeszcze w nie jeden piękny rejs!
Bałtyk zimą vol 2 z Lodołamaczami miał miejsce prawie rok temu. Zabraliśmy Was wtedy na pokład s/y Lady F w wirtualny rejs. My fizycznie wyruszyliśmy z Kołobrzegu i skierowaliśmy się na zachód do Świnoujścia. Celem naszym było dotarcie do Kopenhagi. Do Świnoujścia przeskoczyliśmy w spokojnych warunkach, sporo mgły, więc widoków nie było za dużo, ale za to odwiedziła nas jednostka Straży Granicznej. To chyba będzie już tradycja, bo rok temu zapoznaliśmy się ze szwedzkim odpowiednikiem naszych służb.
Po krótkiej wymianie uprzejmości oni ruszyli dalej na patrol, a my oddaliśmy się żegludze.
W Świnoujściu czekała na nas... mgła. Zarówno wieczorem, gdy dopływaliśmy, tak i nad ranem, gdy oddawaliśmy cumy, niewiele było widać. Ruszyliśmy dalej, w stronę Rugii. Planowaliśmy wpłynąć do Zatoki Greisfaldzkiej i dalej na zachód-dotrzeć do Stralsundu. Na tym odcinku było kilka wyzwań, bo po pierwsze towarzyszyła nam bez przerwy dość gęsta mgła, a w dodatku Bałtyk trochę się rozhulał i w ostrym bajdewindzie bujaliśmy się intensywnie. Dopiero na wysokości wejścia do Zatoki mogliśmy zaznać spokojniejszej żeglugi w baksztagu. Wejście do Zatoki Greisfaldzkiej jest dość ciasne nawigacyjnie, zwłaszcza, gdy nie ma się praktycznie żadnych punktów odniesienia (bo mgła), co jakiś czas tylko pojawiały się pławy nawigacyjne, według których posuwaliśmy się naprzód.
Na wejściu do Zatoki pojawił się lokalny przewodnik - foka, która co jakiś czas pojawiała się, to znów znikała, rzecz jasna w wodzie, trochę tak, jakby nas prowadziła przez to wąskie przejście.
Na Zatoce trochę się uspokoiło, fala była minimalna, ale za to wiatr pięknie dmuchał nam w rufę. Na noc dopłynęliśmy do Stralsundu, przechodząc w międzyczasie most zwodzony. Trochę się nie spodziewali jednostki rekreacyjnej w tamtym rejonie o tej porze, więc mieliśmy drobny problem z dogadaniem się, żeby nam most otworzyli, ale w końcu sukces - zacumowaliśmy... No dobra, zanim zacumowaliśmy, załoga straciła do mnie cierpliwość, bo coś mi nie szło odpowiednie ustawienie jachtu w Y-bomie i po kilku(niektórzy powiedzieliby nawet że... kilkunastu 🤣 próbach), S/Y Lady F zacumowała na swoim miejscu...Nocna wycieczka, bo przecież nie można iść spać o tak młodej godzinie. Ogólnie Stralsund to bardzo turystyczne miasto, duży port dla jachtów turystycznych, ale w zimie niewiele się tam dzieje. Natomiast latem-warto pokusić się o rezerwację miejsca, bo okoliczni żeglarze mocno okupują tamtejsze porty.
Następnego dnia po zwiedzaniu oddaliśmy cumy i ruszyliśmy dalej w kierunku Kopenhagi. Pogoda dopisywała, aczkolwiek nadal towarzyszyło nam spore zamglenie. No cóż, przyzwyczailiśmy się już, że nie będzie to rejs krajobrazowy. Za to spotkaliśmy kajakarzy, którzy płynęli w przeciwną stronę. Wiatru nie było zbyt dużo, więc trochę wspomagani silnikiem wyszliśmy na otwarte morze. Na noc prognozy były zmienne, od gwieździstego nieba, przez przelotne opady deszczu, no i oczywiście... mgłę. Chłopakom tak się spodobała farma wiatrowa, że postanowili zobaczyć ją z bliska. Oczywiście zachowując minimum bezpiecznej odległości. Jak wyszedłem na pokład to... zrobiły na mnie wrażenie, bo we mgle ich migające światła i potężne rozmiary pobudzały wyobraźnię, mimo, że nie raz człowiek widział je żeglując za dnia. Im bliżej Kopenhagi, tym większy ruch statków napotykaliśmy na swoim kursie. W okolicach Falsterbo przywitał nas pochmurny wschód słońca. Na horyzoncie zaczynaliśmy dostrzegać okolice Kopenhagi, do której dopłynęliśmy przed południem.
W Kopenhadze planowaliśmy zostać trochę dłużej, aby pozwiedzać to bardzo atrakcyjne miasto, pełne muzeów i ciekawej architektury, z której to miejsce słynie. W porcie czekała na nas grupa lądowa, która do Kopenhagi wybrała się samolotem. Wspólne śniadanie na Lady F i w drogę, szkoda czasu! Odwiedziliśmy między innymi Plac Amalienborg, gdzie przy Pałacu Królewskim codziennie odbywa się uroczysta zmiana warty o godzinie 12:00, a także Danish Architecture Center(polecam!), gdzie mogliśmy zagłębić się w historię rozwoju duńskiej architektury. Dwa dni w Kopenhadze minęły bardzo szybko, czas ruszać w stronę Bornholmu. Pożegnaliśmy ekipę lądową i w drogę.
Żegluga zapowiadała się bardzo spokojnie, wiatr 3-4Bf przez całą trasę i brak zafalowania spowodowały, że Lady F sunęła po niemalże płaskim morzu bardzo delikatnie kołysząc nas. Jak bywało do tej pory tak i teraz towarzyszyła nam... mgła. Nie zobaczyliśmy ani grama szwedzkiego wybrzeża. Co jakiś czas na AIS widzieliśmy duże statki płynące rutą. W życiu nie spotkałem się z takim zjawiskiem, żeby nie widzieć nic na niewielką odległość na morzu przez tak długi czas. Wychodziliśmy na wachtę - biało, schodziliśmy z wachty - biało, w nocy tylko co jakiś czas łuna świateł z dużych statków przesuwała się na horyzoncie. Słyszeliśmy warkot silników, zapach spalin, ale nie dostrzegliśmy nawet konturu statku, mimo że raz mijaliśmy się w odległości 200 metrów. No cóż, i tak też bywa na morzu. Dopływaliśmy w nocy do Bornholmu, ale jego również nie bardzo było widać, w sensie świateł lądowych. Dopiero w odległości może kilkuset metrów w końcu wypatrzyliśmy światła nawigacyjne prowadzące do portu Ronne. Tam też zacumowaliśmy... bez mgły! Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, na lądzie mgła niemalże zniknęła. A my? zniknęliśmy z jachtu. Ruszyliśmy na podbój miasta o 3 w nocy. Bo czemu spać jak można robić inne ciekawe rzeczy?
Następnego dnia mieliśmy cały dzień na zwiedzanie i przygotowanie jachtu do powrotu. Wybraliśmy się na plażę, spacerowaliśmy przy zachodzącym słońcu, ciepły wieczór. Gdy wróciliśmy na jacht okazało się, że nie działają nam światła nawigacyjne. Przygotowani do wypłynięcia, w sztormiakach, ubrani na zimną noc, a tu taka niespodzianka. Tomek ze Staszkiem ruszyli do pracy. Przyczyną awarii był niestykający kabel. Szybka naprawa i mogliśmy ruszać. Przed nami było kilka godzin żeglugi w baksztagu 6Bf. Spodziewaliśmy się, że Bałtyk nas tak łatwo nie puści i mieliśmy rację. Niska temperatura, zimny wiatr i rozbujane morze. Gnaliśmy pchani wiatrem w stronę Kołobrzegu. Wcześnie rano dopłynęliśmy do portu. To była jedyna noc, kiedy nie było mgły. W końcu. I tak zakończylismy naszą przygodę na Bałtyku. Bezpiecznie zacumowani, cali i zdrowi z kolejnymi doświadczeniami i wspomnieniami pożegnaliśmy Lady F i wróciliśmy do Krakowa.
Tak było, nie kłamię! ⛵️
Dziękuję załodze za zaufanie i możliwość poprowadzenia tego rejsu. Wspólnie robimy różne rzeczy, raz tu, raz tam, ale zawsze jest to wartościowy czas spędzony w Waszym towarzystwie. Kiedyś popłyniemy daleko, obiecuję!