21/05/2025
⚔️🦢
Samotność jak noc chłodna, lecz wschód przynosi nowy dzień Odcinek 04
Tym, co mnie do armii przyjmował, był sierżant Olaf Sirgudson – człek o posturze potężnej, spojrzeniu surowym i twarzy, co wiele już widziała. Bujny wąs nosił dumnie, głowę zaś golił toporkiem, co czynił z zadziwiającą regularnością. Lat mógł mieć trzydzieści jeden, może dwa , lecz lic nie miał młodzieńczej – blizny na obliczu i rękach świadczyły, że niejedną bitwę przeżył.
Nie był człekiem, co emocje zbyteczne okazywał, ani gniewu, ani radości – chłodny i opanowany, jak przystało na wojownika.
Jego mowa zdradzała pochodzenie z królestwa Sveanów – nazwisko i ciężki północny akcent nie pozostawiały wątpliwości. Rzucał się w oczy swym wielkim srebrnym łańcuchem, na którym zawieszony był symbol Donara, choć Sveani zwą go Thorem. W amulecie osadzono kamienie szlachetne – jakoby błyskawice same w nich uwięziono. Na plecach dźwigał topór dwusieczny, wielki niczym drzwi karczemne, a za pasem miał mniejszy, podobny do tych, jakie widywałem u wikińskich wojów w gospodach Haamaburga.
Surowy był, lecz sprawiedliwy – nie zwykł nad rekrutami się znęcać. Wolał nauczać niźli karać. Wskazywał błędy, cierpliwie tłumaczył, jak ich unikać, a pod jego okiem i najlichszy słabeusz w kilka miesięcy wojem się stawał. Nawet ja…
Nie miałem wielu kompanów. Chłopi, z którymi przyszło mi dzielić stół i tarczę, gardzili mną cicho, a nieswojo czuli się w mym towarzystwie, jakby obecność moja była im zawadą, nie towarzyszem. Może dlatego, żem z urodzenia szlachcic, a im krew prosta i z ziemi brudna. Może dlatego, że na polu bitwy przyszło im stanąć ramię w ramię z kimś, kogo w innym świecie nigdy by nie tknęli, ni okiem nie raczyli. A może... po prostu byłem dla nich obcy — cichy, słabszy z postawy, bez znajomości, bez wpływów.
Nie narzekałem. Robiłem swoje. Tak dzień mijał za dniem, jak strużka wody przez kamień. Dobry tydzień to taki, gdym miał tylko trzy warty. Zły — gdy pięć. Dobre miejsce, gdzie strawę podawano znośną, a koja była sucha i nie cuchnęła stęchlizną. Złe — gdzie karmiono nas cebulową breją, a mury twierdzy tchnęły chłodem.
Gdy tedy pewnego wieczora Olaf przemówił do mnie przy stole, rad byłm w duchu, choć twarz zachowałem spokojną, jak przystało mężowi w zbroi. Samotność, choć znośna, zżerała mnie od środka. Olaf pochwalił me postępy, rzekł, żem czysty w ruchach i czujny w służbie. Spytał też, czymem się trudnił, nim wstąpiłem w szeregi wojsk Jego Królewskiej Mości.
Potem rzekł, że na święto Winterfylleþ widziałby mnie w randze kaprala — rzekł, iż wszystko załatwi, bo obecny kapral odchodzi, a jemu potrzeba człeka piśmiennego, co księgi poprowadzi, listy pospisuje, porządek zachowa. Nie wahałem się. Tu nie było miejsca na dumę, ni na rozważania.
Tamtej nocy część żołnierzy poszła na warty, część legła w sennym oddechu. Ja zasnąć nie mogłem. Noc była ciepła, niecodziennie łaskawa. Wyszedłem tedy na dziedziniec i spojrzałem w niebo. Gwiazdy świeciły czysto, a wiatr pachniał ziemią i wrzosem.
Myśli me pobiegły ku niej...
Czy pamięta mnie jeszcze? Czy wspomina, choćby na chwilę, nasze rozmowy w ogrodzie, przechadzki wśród buków, śmiech przy fontannie?
Czy wraca wspomnieniami do wieczorów przetańczonych w karczmie, gdy czas płynął jak miód po palcach?
Czy ta jedna noc, gdy byliśmy sami, coś dla niej znaczyła? Czy tylko ja sam poczułem to drżenie serca, które nie daje spokoju?
Wyciągnąłem szkic, który niegdyś jej uczyniłem — pamiętam dobrze, jak rysowałem go w mojej komnacie, z pamięci, z tęsknoty, z czułości, której nie miałem komu ofiarować.
Jej ojciec mnie nie cierpiał, choć nie wiem, czemu. Uważał mnie za grubianina — cóż za śmieszność. Może to dlatego, żem śmiał w rozmowie sprostować jego słowo? Nie złośliwie, nie dla hańby — jeno z faktu, że się mylił. A nie wiedziałem, że tak cienką skórę nosił na swej dumie.
Wróciłem do izby, gdzie pięć łóżek, nie licząc mego. Myślałem, że spacer ukoi duszę, lecz na próżno. Leżałem z otwartymi oczami, słuchając oddechów towarzyszy, a w myślach wracała tamta chwila — kiedy w parku, przypadkiem czy nie, jej skóra otarła się o mój nos — miękka jak aksamit, pachnąca jak kwiaty w miesiącu chwastów.
I tak zastał mnie świt. Słońce jeszcze nie wzeszło, a ja już wstać musiałem. Bo taki już los nasz — wojowników w cieniu wielkich czynów i niespełnionych tęsknot.