Agencja Mediów Społecznościowych GEIST

Agencja Mediów Społecznościowych GEIST **Marcin Majcher – Specjalista ds. Już jako młody człowiek zafascynowałem się muzyką, szczególnie kulturą hip-hopową. z o.o. w Gliwicach.

🎨 Tworzenie treści i grafik
🖌️ Projektowanie logo
📈 Strategie marketingowe
🔍 Budowanie marki
👥 Badanie grupy docelowej
📞 Kontakt z klientami
📊 Darmowe analizy
💡 Porady social media
🎓 Darmowe szkolenia online Tworzenia Treści z Pasją do Edukacji, Produkcji i Mediów Społecznościowych**

Urodziłem się w 1989 roku w Gliwicach, mieście o bogatej historii przemysłowej i kulturalnej, które ukształtowało

moje zainteresowania i podejście do życia. Ta pasja zaprowadziła mnie na ścieżkę twórczości muzycznej, gdzie samodzielnie komponowałem, pisałem teksty i nagrywałem utwory w gatunku rap. W tamtym okresie, wykorzystując platformę Myspace, zyskałem pierwsze doświadczenie w zakresie mediów społecznościowych, co nauczyło mnie skutecznej autopromocji i zarządzania marką osobistą. Moje pierwsze kroki w życiu zawodowym skierowały mnie w stronę logistyki, gdzie zdobyłem bogate doświadczenie, pracując przez ponad dekadę w uznanych firmach, takich jak Selgros Cash & Carry oraz Etisoft Sp. W tych organizacjach miałem okazję nie tylko doskonalić swoje umiejętności w obszarze logistyki wewnętrznej, ale także rozwijać się jako trener wewnętrzny, co zainspirowało mnie do zgłębiania tajników edukacji dorosłych. Łączenie funkcji magazyniera z rolą trenera pozwoliło mi dostrzec, jak wielką satysfakcję czerpię z możliwości wpływania na rozwój innych, co stało się jednym z filarów mojej kariery. Moje zainteresowanie edukacją i tworzeniem treści zaowocowało powstaniem AMS Geist – inicjatywy, która łączy moją pasję do kreowania wartościowych treści z misją wspierania innych w ich rozwoju. AMS Geist to nie tylko platforma do tworzenia treści, ale również miejsce, gdzie mogę realizować swoje marzenia o edukacji poprzez dzielenie się wiedzą i doświadczeniem z szerokim gronem odbiorców. Obecnie kontynuuję swoją karierę zawodową w ABP Food Group, jednej z wiodących firm w branży przetwórstwa mięsnego, gdzie pracuję w dziale produkcji w zakładzie w Reathkeale, hrabstwo Limerick. Moje obowiązki zawodowe łączę z rozwijaniem AMS Geist oraz tworzeniem treści o tematyce marketingu w mediach społecznościowych, co pozwala mi na bieżąco śledzić i analizować najnowsze trendy w tej dynamicznie rozwijającej się dziedzinie. Wierzę, że połączenie mojej wiedzy z zakresu produkcji, pasji do edukacji oraz doświadczenia w mediach społecznościowych tworzy unikalny zestaw kompetencji, który pozwala mi efektywnie działać na różnych polach zawodowych. Jestem przekonany, że niezależnie od wyzwań, jakie napotkam, będę w stanie zaoferować wartość dodaną każdemu projektowi, w którym wezmę udział.

28/02/2026
24/02/2026
⚔️🦢
21/05/2025

⚔️🦢

Samotność jak noc chłodna, lecz wschód przynosi nowy dzień Odcinek 04

Tym, co mnie do armii przyjmował, był sierżant Olaf Sirgudson – człek o posturze potężnej, spojrzeniu surowym i twarzy, co wiele już widziała. Bujny wąs nosił dumnie, głowę zaś golił toporkiem, co czynił z zadziwiającą regularnością. Lat mógł mieć trzydzieści jeden, może dwa , lecz lic nie miał młodzieńczej – blizny na obliczu i rękach świadczyły, że niejedną bitwę przeżył.

Nie był człekiem, co emocje zbyteczne okazywał, ani gniewu, ani radości – chłodny i opanowany, jak przystało na wojownika.
Jego mowa zdradzała pochodzenie z królestwa Sveanów – nazwisko i ciężki północny akcent nie pozostawiały wątpliwości. Rzucał się w oczy swym wielkim srebrnym łańcuchem, na którym zawieszony był symbol Donara, choć Sveani zwą go Thorem. W amulecie osadzono kamienie szlachetne – jakoby błyskawice same w nich uwięziono. Na plecach dźwigał topór dwusieczny, wielki niczym drzwi karczemne, a za pasem miał mniejszy, podobny do tych, jakie widywałem u wikińskich wojów w gospodach Haamaburga.

Surowy był, lecz sprawiedliwy – nie zwykł nad rekrutami się znęcać. Wolał nauczać niźli karać. Wskazywał błędy, cierpliwie tłumaczył, jak ich unikać, a pod jego okiem i najlichszy słabeusz w kilka miesięcy wojem się stawał. Nawet ja…
Nie miałem wielu kompanów. Chłopi, z którymi przyszło mi dzielić stół i tarczę, gardzili mną cicho, a nieswojo czuli się w mym towarzystwie, jakby obecność moja była im zawadą, nie towarzyszem. Może dlatego, żem z urodzenia szlachcic, a im krew prosta i z ziemi brudna. Może dlatego, że na polu bitwy przyszło im stanąć ramię w ramię z kimś, kogo w innym świecie nigdy by nie tknęli, ni okiem nie raczyli. A może... po prostu byłem dla nich obcy — cichy, słabszy z postawy, bez znajomości, bez wpływów.

Nie narzekałem. Robiłem swoje. Tak dzień mijał za dniem, jak strużka wody przez kamień. Dobry tydzień to taki, gdym miał tylko trzy warty. Zły — gdy pięć. Dobre miejsce, gdzie strawę podawano znośną, a koja była sucha i nie cuchnęła stęchlizną. Złe — gdzie karmiono nas cebulową breją, a mury twierdzy tchnęły chłodem.
Gdy tedy pewnego wieczora Olaf przemówił do mnie przy stole, rad byłm w duchu, choć twarz zachowałem spokojną, jak przystało mężowi w zbroi. Samotność, choć znośna, zżerała mnie od środka. Olaf pochwalił me postępy, rzekł, żem czysty w ruchach i czujny w służbie. Spytał też, czymem się trudnił, nim wstąpiłem w szeregi wojsk Jego Królewskiej Mości.

Potem rzekł, że na święto Winterfylleþ widziałby mnie w randze kaprala — rzekł, iż wszystko załatwi, bo obecny kapral odchodzi, a jemu potrzeba człeka piśmiennego, co księgi poprowadzi, listy pospisuje, porządek zachowa. Nie wahałem się. Tu nie było miejsca na dumę, ni na rozważania.
Tamtej nocy część żołnierzy poszła na warty, część legła w sennym oddechu. Ja zasnąć nie mogłem. Noc była ciepła, niecodziennie łaskawa. Wyszedłem tedy na dziedziniec i spojrzałem w niebo. Gwiazdy świeciły czysto, a wiatr pachniał ziemią i wrzosem.
Myśli me pobiegły ku niej...

Czy pamięta mnie jeszcze? Czy wspomina, choćby na chwilę, nasze rozmowy w ogrodzie, przechadzki wśród buków, śmiech przy fontannie?
Czy wraca wspomnieniami do wieczorów przetańczonych w karczmie, gdy czas płynął jak miód po palcach?
Czy ta jedna noc, gdy byliśmy sami, coś dla niej znaczyła? Czy tylko ja sam poczułem to drżenie serca, które nie daje spokoju?
Wyciągnąłem szkic, który niegdyś jej uczyniłem — pamiętam dobrze, jak rysowałem go w mojej komnacie, z pamięci, z tęsknoty, z czułości, której nie miałem komu ofiarować.

Jej ojciec mnie nie cierpiał, choć nie wiem, czemu. Uważał mnie za grubianina — cóż za śmieszność. Może to dlatego, żem śmiał w rozmowie sprostować jego słowo? Nie złośliwie, nie dla hańby — jeno z faktu, że się mylił. A nie wiedziałem, że tak cienką skórę nosił na swej dumie.
Wróciłem do izby, gdzie pięć łóżek, nie licząc mego. Myślałem, że spacer ukoi duszę, lecz na próżno. Leżałem z otwartymi oczami, słuchając oddechów towarzyszy, a w myślach wracała tamta chwila — kiedy w parku, przypadkiem czy nie, jej skóra otarła się o mój nos — miękka jak aksamit, pachnąca jak kwiaty w miesiącu chwastów.
I tak zastał mnie świt. Słońce jeszcze nie wzeszło, a ja już wstać musiałem. Bo taki już los nasz — wojowników w cieniu wielkich czynów i niespełnionych tęsknot.

14/05/2025

Szeregowy Thomas Kruning Odcinek 03

W zbrojowni, gdzie królewskie barwy zwisały z belek niczym sztandary chwały, tłoczył się tłum chętnych do wojska. Stali w długiej kolejce, jedni z wypiekami na twarzy, drudzy z obawą malującą się w oczach. Spisywano imiona nowych wojów, przeglądano dokumenty, oceniano posturę i wiek.
— Ty, gołowąsie! Wracaj do matki mleko pić, a nie mi tu dupę zawracasz! — ryknął sierżant do chłopaka, który ledwie wyglądał na piętnaście lat.

Młodzieniec spuścił głowę, zacisnął dłonie w pięści i odszedł pospiesznie, nie ważąc się rzucić nawet słowa sprzeciwu. Nie był pierwszym i pewnie nie ostatnim, którego odprawiono z kwitkiem.

Po godzinie przyszła moja kolej. Stanąłem przed wielkim mężem o sumiastym wąsie, którego postura przypominała wrota zamkowe – szeroki w barach, z karkiem jak dębowe drzewo. Spojrzał na mnie spod krzaczastych brwi, przewertował papiery, jeszcze raz obrzucił mnie wzrokiem i zamruczał:
— Hmmm…
Na twarzy pojawił mu się uśmiech, który wydał mi się nieco drapieżny.
— Przyda nam się inteligencik! — stwierdził z niekłamanym zadowoleniem.
— Ostatnio sami chłopi się zaciągają, co ledwie swoje imię pisać umieją. Tyle co teraz jaśniepan płaci, to oni na oczy takiego żołdu nie widzieli. Toteż pchają się tu tabunami.

Ale armia to nie tylko wojaczka, to i sterta papierzysk do ogarnięcia. Jak mówiłem – przydasz nam się, Thomasie!
— Dziękuję, panie.
— Ale nie myśl, że od tego pióro w rękach trzymać będziesz. Podstawowe szkolenie przejść musisz, jak każdy!

Tak oto otrzymałem znoszony mundur, pas, opończę i buty, które więcej miały wspólnego z żelaznym jarzmem niż wygodnym obuwiem. Dorzucono mi także zwój pergaminu – regulamin jednostki, zapisany tak drobnym pismem, że po pierwszych kilku linijkach odechciało mi się czytać.

Resztę dnia spędziłem w kolejkach – do zbrojowni, do kwatermistrza, aż w końcu przyszła kolej na wizytę u wojskowego medyka.
Medyczna izba pachniała octem i ziołami, ale sam medyk… cóż, bardziej przypominał kata niż uzdrowiciela. Twarz miał ponurą, spojrzenie nieufne, a jego ruchy były szybkie i mechaniczne, jakby badał trzodę, nie ludzi.
— Chorował na coś ostatnio? — zapytał, mierząc mnie wzrokiem.
— Nie, medyku. Jestem zdrów jak ryba.
— Wszy ma?
— Nie, medyku. Wysoko urodzony jestem.
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem, jakby moje słowa brzmiały dla niego jak herezja.
— Herlawyś jakiś, chłopcze… Podejdź no bliżej, nasłucham cię. Może masz suchoty.
Przystąpił do badania, nasłuchiwał, stukał mnie w plecy, marszczył brwi.
— Hmmm… Wszystko w normie.
Jakby sam nie dowierzał w to, co mówi.
— Dużo pijesz?
— Nie, medyku. Dużo pracowałem – najpierw na uczelni, potem u brata. Nie było nawet kiedy.
— Mięsa jedz więcej! W armii lekko nie będzie. Zapiszę, żeś zdrów.
Przybił pieczęć na mojej karcie i machnął ręką.
— Odmaszerować!
— Tak jest, medyku!

Ubrałem mundur, choć był o rozmiar za duży, a buty tak niewygodne, że natychmiast owinąłem stopy wełnianymi nogawicami – w przeciwnym razie równie dobrze mógłbym iść boso.

Dawne życie odpłynęło w przeszłość niczym liść niesiony nurtem rzeki. Od teraz byłem żołnierzem armii królewskiej. Pierwsze trzy miesiące były niczym hel zrodzony na ziemi. Pobudka o pianiu koguta, gdy ciemność jeszcze władała nad światem. Śniadanie skromne – jajka, kawałek chleba i kubek wody.

A zaraz potem marsz. Siedem mil saksonskich bez odpoczynku.
Pot lał się z nas strumieniami, nogi drżały, a sierżanci i kaprali tylko ryczeli:
— W nogach ognia wam potrzeba, a nie żałosnego człapania!
Po marszu – obiad. Potem godzina wytchnienia, choć i to była łaska, a wieczorem ćwiczenia taktyki, trzymania szyku i walki. Każdy dzień był identyczny, jakby odlany z tej samej formy.
Chudłem w oczach. Policzki mi zapadły, lecz siła we mnie wzrosła, mięśnie się napięły, a krok stał się pewniejszy. Nauczyłem się władać piką, i trzymać szyk.

Podróżowaliśmy od twierdzy do twierdzy, od miasta do miasta, głównie szlakami kupieckimi, które lud zwie „Królewskim Traktem”, choć na mapach próżno takowej nazwy szukać.

Nasze marsze miały dwa cele – odstraszać hordy banitów i zbójów oraz hartować nas w trudach żołnierskiego żywota. Na zmianę smagały nas deszcze i wichry, burze oraz skwar dni letnich. Słońce w gorące dni paliło nasze hełmy, kolczugi i tarcze tak, że dotknąć ich było trudno, a chłodne noce na murach w czasie warty odbierały chęć do życia.

A to dopiero był początek.

Adres

Zabrze
41-800

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Agencja Mediów Społecznościowych GEIST umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij